Wiemy wszyscy, jak niskie w Polsce jest zainteresowanie literaturą... Jednak jest jeszcze w tym kraju banda degeneratów, którzy czytają, bo lubią. Z dumą na twarzy mogę oznajmić, iż ja do nich należę.
Od razu oznajmię, że nie interesuje mnie dzieciniada w stylu "Harry Potter" czy "Century", które to widzę na półkach u mojej smerfnej siostry. Dla mnie najlepsze są kryminały: książki wymagające myślenia, które niekiedy są oparte na faktach. Z takich książek można się nawet czegoś nauczyć - np. ostatnio przeczytałem "Dzień szakala": Książka pokazuje jakby zza kulis działalność OAS w dziedzinie zabójstwa Charles'a de Gaulle'a, powody, dla których planowano go zabić, jak to było rozpracowywane przez tamtejsze służby (nie była to tyljo policja) i gigantyczny fart samego generała, który nieraz w ostatniej chwili nieświadom niczego unikał jakiejś kuli lub innego przedmioti lecącego z gigantyczną prędlością, wymierzonego w jego głowę. Jest to podkoloryzowana fabuła.
Kompletnie inne mam nastawienie do książek nie mających zbyt wiele, albo nawet i nic wspólnego z historią: też jest to ciekawy podgatunek thriller'a, ale nie mam do tego podejścia naukowego. Owszem, są rzeczy których można się nauczyć, ale po przeczytaniu kilku książek Jeffery'ego Deaver'a jego fabuła staje się przewidywalna, więc po mału nudna. Choć ciekawą odskocznią od jego schematu są "Porzucone ofiary" - nie ma rozbudowanego etapu śledztwa, i następuje pewna zmiana miejsc: dobra postać icieka przed złymi, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, ile tych złych ją tak na prawdę otacza.
Fajną pozycją jest też "Azazel" Borysa Akunina. Młody detektyw rozszyfrowuje organizację terrorystyczną, która ma plan i poważne możliwości przejąć po cichu władzę nad światem. Polecam doczytać całą książkę, do samego końca, bo zakończenie jest niesamowite.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 marca 2011
Poczytajmy sobie...
środa, 17 listopada 2010
"Requiem dla snu"
Ten demotywator okazał się być dla mnie motywatorem do obejrzenia Requiem for a dream. Zgadzam się w 100% z jego autorem - ów film daje takiego kopa w mózg, że patrzę się teraz na ćpanie z jeszcze większym obrzydzeniem, niż do tej pory.Film sam w sobie można traktować jako ostrzeżenie zarówno przed różnego rodzaju pixami czy czymkolwiek takim (zwłaszcza przed braniem w żyłę - zob. obrazek powyżej), ale też przed lekami teoretycznie dopuszczonymi do sprzedaży w aptekach. Najciekawsze dla mnie jest to, kto zauważył pierwszy działanie leków.
Polecam szczerze każdemu obejrzenie tego filmu. Jest to tzw. terapia szokowa, ale bardzo skuteczna.
wtorek, 5 października 2010
Polski poeta ma szanse dostać Nagrodę Nobla
Tak, tak, od czasu, gdy literacką nagrodę Nobla dostała Wisława Szymborska żaden z Polaków nie dostał jej ani razu,
a tutaj mamy niespodziankę! Biorąc pod uwagę, że jest to informacja z wp.pl należy mieć pewien dystans do tej wiadomości, ale to byłoby piękne, gdyby pan Adam Zagajewski powtórzył ten sukces.
Tylko pojawia się jeden problem: Kto z nas drodzy Polacy i polacy, zna choć jeden jego wiersz lub esej?
Sama nagroda Nobla, jak również jej fundator Alfred Nobel to też dość ciekawe kwestie do przebadania. To, że Nobel był wynalazcą dynamitu wie chyba każdy, ale nie każdy wie, że nie dożył pierwszego wręczenia nagrody swego imienia - z racji tego, że nie miał dzieci ani żony, a pieniędzy miał od chuja i jeszcze trochę, postanowił w swoim testamencie, żeby pieniądze z jego majątku zostały zainwestowane, a roczne odsetki z tej kwoty przekazywane ludziom, którzy kierowali zespołami odpowiedzialnymi za wynalazki i odkrycia najważniejsze i najużyteczniejsze dla ludzkości w jednej z dziedzin: chemii, fizyki, literatury, medycyny lub pokoju na świecie. Oto i fragment testamentu:
Dziękujemy, Panie Alfredzie!
a tutaj mamy niespodziankę! Biorąc pod uwagę, że jest to informacja z wp.pl należy mieć pewien dystans do tej wiadomości, ale to byłoby piękne, gdyby pan Adam Zagajewski powtórzył ten sukces.Tylko pojawia się jeden problem: Kto z nas drodzy Polacy i polacy, zna choć jeden jego wiersz lub esej?
Sama nagroda Nobla, jak również jej fundator Alfred Nobel to też dość ciekawe kwestie do przebadania. To, że Nobel był wynalazcą dynamitu wie chyba każdy, ale nie każdy wie, że nie dożył pierwszego wręczenia nagrody swego imienia - z racji tego, że nie miał dzieci ani żony, a pieniędzy miał od chuja i jeszcze trochę, postanowił w swoim testamencie, żeby pieniądze z jego majątku zostały zainwestowane, a roczne odsetki z tej kwoty przekazywane ludziom, którzy kierowali zespołami odpowiedzialnymi za wynalazki i odkrycia najważniejsze i najużyteczniejsze dla ludzkości w jednej z dziedzin: chemii, fizyki, literatury, medycyny lub pokoju na świecie. Oto i fragment testamentu:

Ja niżej podpisany, Alfred Nobel, oświadczam niniejszym, po długiej rozwadze, iż moja ostatnia wola odnośnie majątku, jest następująca. Wszystkie pozostałe po mnie, możliwe do zrealizowania aktywa, mają być rozdysponowane w sposób następujący: kapitał zostanie przez egzekutorów ulokowany bezpiecznie w papierach, tworzących fundusz, którego procenty każdego roku mają być rozdzielone w formie nagród tym, którzy w roku poprzedzającym przynieśli ludzkości największe korzyści.[...]
Dziękujemy, Panie Alfredzie!
piątek, 10 września 2010
Cezik!
Pisałem ostatnio o "Alane" Wes'a, teraz pora na coś na wyższym poziomie niż dopisanie kilku słówek i dużo zabawniejszym. Cezik to taki ciekawy przypadek YouTube'owy, który ma nawet szanse na realną karierę. Wygląda co prawda jak naćpany, ale przynajmniej jest to polska gwiazda internetu. Fajnie gra i całkiem nie najgorzej śpiewa, np. Republikę tu poniżej.
Taki polski Mike Oldfield, albo Jean M. Jarre. Tutaj Cezik odpierdziela z kilkoma polskimi piosenkami. Też dobre.
I teraz najlepsze. Obejrzeć do końca koniecznie.
Tak więc Cezik to młody muzykant, z fajnym pomysłem na siebie, szkoda tylko, że sam prawie nie tworzy, a wykonuje same covery. Ale cóż, każdy od czegoś musi zacząć:) życzę powodzenia!
Taki polski Mike Oldfield, albo Jean M. Jarre. Tutaj Cezik odpierdziela z kilkoma polskimi piosenkami. Też dobre.
I teraz najlepsze. Obejrzeć do końca koniecznie.
Tak więc Cezik to młody muzykant, z fajnym pomysłem na siebie, szkoda tylko, że sam prawie nie tworzy, a wykonuje same covery. Ale cóż, każdy od czegoś musi zacząć:) życzę powodzenia!
Etykiety:
akcje które popieram,
internet i publikacje,
Muzyka,
Polska,
sztuka
poniedziałek, 22 marca 2010
Radio Demolka Wołomin
Z racji takiej, iż pod względami audiofonicznymi nie należę do ludzi którzy słuchają tylko określonego gatunku muzyki (nie ważne, czy pop, czy hip-hop, czy rock, czy dance czy cokolwiek innego - taki człowiek jest jak koń z klapkami na oczach), a moje gusta muzyczne określam jako "wybitnie niesprecyzowane" przedstawię wam drobną nowość:
Po wcześniejszym spożyciu alkoholu ustawiłem się w sobotę z paroma kumplami, iż po przetrzeźwieniu pomogę im przy pisaniu strony internetowej. I oto jest: rdw.za.pl
Bez wątpienia nie lada gradka dla wielbicieli Polskiej muzyki Tanecznej (tak, dobrze rozumiesz, przeważnie Disco-polo!)
Woytek, Smoczek i Maniek są ludźmi, których poznałem jeszcze w liceum, i nie jeden raz się wymienialiśmy muzyką czy wspieraliśmy w tematach elektroniki i innych. Ludzie są zajebiści, kto zna, ten wie, i to właśnie oni stoją po stronie organizacji tego nietypowego zjawiska atmosferycznego, jakim jest eter Radia Demolki. Z racji faktu, iż wszyscy mają też inne rzeczy do roboty, radio przeważnie gra w godzinach wieczornych.
Na wspomnianej internetowej antenie będą nadawane pozdrowienia, które każdy może wysyłać do rozgłośni za pośrednictwem ich strony internetowej.
[c.d.n.]

Po wcześniejszym spożyciu alkoholu ustawiłem się w sobotę z paroma kumplami, iż po przetrzeźwieniu pomogę im przy pisaniu strony internetowej. I oto jest: rdw.za.pl
Bez wątpienia nie lada gradka dla wielbicieli Polskiej muzyki Tanecznej (tak, dobrze rozumiesz, przeważnie Disco-polo!)
Woytek, Smoczek i Maniek są ludźmi, których poznałem jeszcze w liceum, i nie jeden raz się wymienialiśmy muzyką czy wspieraliśmy w tematach elektroniki i innych. Ludzie są zajebiści, kto zna, ten wie, i to właśnie oni stoją po stronie organizacji tego nietypowego zjawiska atmosferycznego, jakim jest eter Radia Demolki. Z racji faktu, iż wszyscy mają też inne rzeczy do roboty, radio przeważnie gra w godzinach wieczornych.
Na wspomnianej internetowej antenie będą nadawane pozdrowienia, które każdy może wysyłać do rozgłośni za pośrednictwem ich strony internetowej.
[c.d.n.]
Etykiety:
akcje które popieram,
działalnlość znajomych,
Muzyka,
sztuka,
Wołomin
piątek, 19 marca 2010
Aparaty fotograficzne Samsung DualView
Jak wiadomo, rynek urządzeń elektronicznych jest ukierunkowany na wiele rodzajów odbiorców: znamy już przykłady produktów polskiej firmy myPhone, która produkuje przede wszystkim telefony z jednoczesną obsługą dwóch kart Sim lub dedykowane osobom starszym.
Ale takiego czegoś, jak aparat fotograficzny dla kretynów to jeszcze nie widziałem.
Spodziewać się należy, iż przede wszystkim tego wynalazku będą bardzo namiętnie używać głupie małolaty mające manię na punkcie swojego wyglądu i/lub wrzucające na swój profil na Gronie, Facebook'u czy naszej-klasie gigabajty zdjęć będących własnymi autoportretami. Najprostszymi słowami to ujmując, dzieci Neostrady. Zastanówmy się, czy aby na pewno do tego ma służyć aparat?

Według mnie to urządzenie ma służyć uwiecznianiu chwil, o których miło pamiętać, służyć do tworzenia niepowtarzalnych pamiątek w postaci obrazów, o czym się przekonujemy za każdym razem jadąc na wczasy albo też na wycieczki. Może również znaleźć genialne zastosowanie jako narzędzie pracy, np. ja sam nieraz majstruję w elektronice, i życie mnie nauczyło, że zanim zacznę coś robić metodą Hot-Air warto zrobić zdjęcie temu, co się dłubie. Również, a nawet przede wszystkim, posługują się nim fotoreporterzy (jak sama z resztą nazwa wskazuje), lub inni ludzie, którzy piszą jakiekolwiek sprawozdania i muszą je dość dokładnie obrazować (tak, "obrazować" to dobre słowo w tym miejscu).
Rewolucyjną zmianą na dobre było rozpowszechnienie fotografii cyfrowej w powszechnym użyciu, ale niestety, ile megapixeli ten aparat by nie miał, i tak zdjęcie będzie do dupy, jeśli posługuje się nim idiota, który o robieniu robić zdjęć tak na prawdę nie ma pojęcia.
Ale takiego czegoś, jak aparat fotograficzny dla kretynów to jeszcze nie widziałem.Spodziewać się należy, iż przede wszystkim tego wynalazku będą bardzo namiętnie używać głupie małolaty mające manię na punkcie swojego wyglądu i/lub wrzucające na swój profil na Gronie, Facebook'u czy naszej-klasie gigabajty zdjęć będących własnymi autoportretami. Najprostszymi słowami to ujmując, dzieci Neostrady. Zastanówmy się, czy aby na pewno do tego ma służyć aparat?

Według mnie to urządzenie ma służyć uwiecznianiu chwil, o których miło pamiętać, służyć do tworzenia niepowtarzalnych pamiątek w postaci obrazów, o czym się przekonujemy za każdym razem jadąc na wczasy albo też na wycieczki. Może również znaleźć genialne zastosowanie jako narzędzie pracy, np. ja sam nieraz majstruję w elektronice, i życie mnie nauczyło, że zanim zacznę coś robić metodą Hot-Air warto zrobić zdjęcie temu, co się dłubie. Również, a nawet przede wszystkim, posługują się nim fotoreporterzy (jak sama z resztą nazwa wskazuje), lub inni ludzie, którzy piszą jakiekolwiek sprawozdania i muszą je dość dokładnie obrazować (tak, "obrazować" to dobre słowo w tym miejscu).
Rewolucyjną zmianą na dobre było rozpowszechnienie fotografii cyfrowej w powszechnym użyciu, ale niestety, ile megapixeli ten aparat by nie miał, i tak zdjęcie będzie do dupy, jeśli posługuje się nim idiota, który o robieniu robić zdjęć tak na prawdę nie ma pojęcia.
poniedziałek, 8 marca 2010
"Ukryci"
W sobotę (6.03.2010) dostałem informację od żony mojego dyrygenta, iż potrzeba statystów do filmu. Na początku nie dostałem zbyt wielu informacji, dowiedziałem się tylko o tym, że w niedzielę trzeba się stawić o 7.30 w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych na Chełmskiej w Warszawie, co mi się niezbyt spodobało, gdyż zamierzałem z ojcem pojechać na Wolumen, lecz ostatecznie zdecydowałem się iść na plan filmowy. Przy dalszych uzgodnieniach dowiedziałem się, że mamy z paroma osobami z chóru grać jakiś zespół. Trochę mnie to rozbawiło, ponieważ odkąd w trzeciej klasie szkoły podstawowej na lekcjach muzyki uczyłem się grać na flecie i z niesamowitą wręcz radością odstawiłem ten instrument nie zrobiłem kompletnie nic by rozwijać się w kierunku jakiegokolwiek innego sprzętu grającego i obecnie nie umiem grać na niczym. Na szczęście okazało się, że nie będą to nagrania dźwiękowe, tylko teatrzyk no nagranego już utworu.
Wybraliśmy się tam składem z chóru: ja i Darek z basów oraz Marcin i p. Janusz z tenorów, pojechaliśmy Darka samochodem.
Przez pierwszych kilka minut mieliśmy problemy żeby w ogóle wejść na teren wytwórni, jednak po przeczytaniu 1 ogłoszenia i przypadkowym spotkaniu 1 wprawionego już statysty znaleźliśmy wejście. Udaliśmy się do budynku nr. 19, gdzie zastaliśmy skromny (na zewnątrz, o 7.20) tłum ludzi, i po konsultacji z dziewczyną z agencji castingowej weszliśmy do środka budynku. Tam to już łeb na łbie. Przy samym wejściu stał gościu z listą, którą można byłoby nazwać "spisem powszechnym statystów", i ku naszemu wielkiemu zdziwieniu nie miał nas na liście. Później dopiero wyszło, że mamy odstawiać nie zespół, co orkiestrę, i to nie on organizował naszą obecność. Trochę dalej, w windzie towarowej stała kobieta która rozdawała buty. Jako posiadacz rozmiaru 46 nie ucieszyłem jej tą wiadomością i od razu dała mi drewniane chodaki. Jako jedyny z całej naszej czwórki nie miałem normalnego krytego obuwia. Później zostaliśmy wysłani priorytetowo na 1 piętro po ubrania. Tam również zostaliśmy obsłużeni poza standardową kolejką. Musieliśmy się tam przebrać, dostaliśmy foliowe worki na swoje ubrania zamiast walizek, następnie zdecydowaliśmy, że jak mamy swój samochód to nie będziemy zdawać się na przechowalnię i autokary wytwórni, bo okazać się może, że komuś coś ukradną (fakt, że nie słyszeliśmy o takich przypadkach, ale też nie chcieliśmy być pierwsi, biorąc pod uwagę, że było dość sporo statystów nie zatrudnionych na co dzień w tym miejscu) więc dostaliśmy mapkę z opisanym dojazdem na plan zdjęciowy.
Będąc już przebrani czekaliśmy tam na rekwizyty, czyli instrumenty: Darkowi się poszcześciło, i dostał waltornię od razu jak tylko się zgłosił, natomiast ja, p. Janusz i Marcin dostaliśmy odpowiednio rozkompletowany klarnet, skrzypce i bęben tuż przed wejściem. Zostaliśmy ucharakteryzowani na zaniedbanych, podorabiali nam odmrożenia na twarzach, podkrążone oczy, poobijania (np. Marcinowi limo pod okiem) i ubrudzenia. Widać je z resztą na tych zdjęciach.
Plan znajdował się w okolicy Nowego Dworu Mazowieckiego, dokładnie w koszarach Twierdzy Modlin - Wieży Tatarskiej, gdzie z tego co zauważyłem jest muzeum. Nie wydaje mi się jednak, aby był tam niemiecki lub ukraiński obóz koncentracyjny, choć nie wykluczam takiej możliwości. Niezaprzeczalnym faktem jednak jest, że na jednej ze ścian w koszarach był wywieszony gigantyczny napis na półokrągłej, wybrzuszonej do góry tablicy znany ze wszystkich obozów koncentracyjnych zakładanych przez niemców: ARBEIT MACHT FREI. Niektórym zapewne po przeczytaniu tego napisu nasuwa się dwuwiersz, jakim podobno więźniowie w obozie w Oświęcimiu-Brzezince potajemnie odpowiadali na identyczny napis nad bramą wjazdową ("Arbeit macht frei/druch Kremmatorium nummer drei").
Scena, w której braliśmy udział rozgrywała się właśnie w tym miejscu. Pod 2 ścianami ustawieni byli statyści grający zwykłych więźniów obozu, my jako orkiestra staliśmy w kole na środku tego placu, a pośrodku orkiestry był dyrygent. Wśród orkiestry znajdowało się ok. 20 osób którzy uczestniczyli wcześniej w nagraniu utworu i 14 dla picu. Nie trudno zgadnąć, w której z tych części się znalazłem. Od bramy bocznej do części, która wydawała mi się blokiem damskim przejechał aktor w zielonym mundurze SS. Zaraz po tym Przejechał na koniu inny aktor przebrany za SS-mana, lecz pewnie był jednym z wyżej postawionych w tej jednostce. Zatrzymał się i zszedł z konia w połowie długości pierwszego odcinka statystów grających więźniów i podszedł do jedynego, który nie miał czapki. Nie słyszałem, co do niego powiedział, ale wyciągnął pistolet i "zastrzelił" statystę stojącego obok. Cały szereg wg wizji reżyserki miał się wystraszyć na dźwięk huku wystrzału. Kazał jakiemuś zapewne niższemu rangą SS-manowi zabrać czapkę trupowi i oddać ją temu bez czapki, co tamten bez zastanowienia wykonał. Następnie z powrotem wsiadł na konia i objeżdżając konno dookoła orkiestrę odjechał do bramy, z której się pojawił.
Cały czas udawaliśmy, że gramy "Eine kleine Nachtmusik", ale już zupełnie prawdziwe było to, że staliśmy w błocie po kostki i w przewiewnych ubraniach na zimnie.
Ciekawostką jest, że podczas pierwszej próby tej sceny aktor grający konnego SS-mana przystawił statyście grającemu trupa pistolet bezpośrednio do czoła (był to pistolet teatralny, czyli na kapiszony, ale powinien się znaleźć ok. 2cm od "ostrzeliwanego" obiektu), i za sprawą siły odrzutu ten człowiek został skaleczony lufą w czoło. Niby nic wielkiego, ale takie rzeczy nie powinny mieć miejsca, i aktor lub technik, który dawał mu ten pistolet mogli przewidzieć, że może się stać coś takiego. Podejrzewam, że jednak zostało mu to wynagrodzone, bo wyglądał co najmniej głupio. Później już aktor został poinformowany, żeby nie przykładać mu tej lufy do czoła.
Podczas jedzenia byliśmy też świadkami (przez okno) jak przez wspomnianą już przeze mnie główną bramę żołnierze przeprowadzali grupkę więźniów - szli na kolanach przez błoto.
Po kilkunastu próbach, wypłacie 150zł na głowę i rozliczeniu z Darkiem za paliwo wróciliśmy do Wołomina ok. godziny 16.00.
Wybraliśmy się tam składem z chóru: ja i Darek z basów oraz Marcin i p. Janusz z tenorów, pojechaliśmy Darka samochodem.
Przez pierwszych kilka minut mieliśmy problemy żeby w ogóle wejść na teren wytwórni, jednak po przeczytaniu 1 ogłoszenia i przypadkowym spotkaniu 1 wprawionego już statysty znaleźliśmy wejście. Udaliśmy się do budynku nr. 19, gdzie zastaliśmy skromny (na zewnątrz, o 7.20) tłum ludzi, i po konsultacji z dziewczyną z agencji castingowej weszliśmy do środka budynku. Tam to już łeb na łbie. Przy samym wejściu stał gościu z listą, którą można byłoby nazwać "spisem powszechnym statystów", i ku naszemu wielkiemu zdziwieniu nie miał nas na liście. Później dopiero wyszło, że mamy odstawiać nie zespół, co orkiestrę, i to nie on organizował naszą obecność. Trochę dalej, w windzie towarowej stała kobieta która rozdawała buty. Jako posiadacz rozmiaru 46 nie ucieszyłem jej tą wiadomością i od razu dała mi drewniane chodaki. Jako jedyny z całej naszej czwórki nie miałem normalnego krytego obuwia. Później zostaliśmy wysłani priorytetowo na 1 piętro po ubrania. Tam również zostaliśmy obsłużeni poza standardową kolejką. Musieliśmy się tam przebrać, dostaliśmy foliowe worki na swoje ubrania zamiast walizek, następnie zdecydowaliśmy, że jak mamy swój samochód to nie będziemy zdawać się na przechowalnię i autokary wytwórni, bo okazać się może, że komuś coś ukradną (fakt, że nie słyszeliśmy o takich przypadkach, ale też nie chcieliśmy być pierwsi, biorąc pod uwagę, że było dość sporo statystów nie zatrudnionych na co dzień w tym miejscu) więc dostaliśmy mapkę z opisanym dojazdem na plan zdjęciowy.

Będąc już przebrani czekaliśmy tam na rekwizyty, czyli instrumenty: Darkowi się poszcześciło, i dostał waltornię od razu jak tylko się zgłosił, natomiast ja, p. Janusz i Marcin dostaliśmy odpowiednio rozkompletowany klarnet, skrzypce i bęben tuż przed wejściem. Zostaliśmy ucharakteryzowani na zaniedbanych, podorabiali nam odmrożenia na twarzach, podkrążone oczy, poobijania (np. Marcinowi limo pod okiem) i ubrudzenia. Widać je z resztą na tych zdjęciach.

Plan znajdował się w okolicy Nowego Dworu Mazowieckiego, dokładnie w koszarach Twierdzy Modlin - Wieży Tatarskiej, gdzie z tego co zauważyłem jest muzeum. Nie wydaje mi się jednak, aby był tam niemiecki lub ukraiński obóz koncentracyjny, choć nie wykluczam takiej możliwości. Niezaprzeczalnym faktem jednak jest, że na jednej ze ścian w koszarach był wywieszony gigantyczny napis na półokrągłej, wybrzuszonej do góry tablicy znany ze wszystkich obozów koncentracyjnych zakładanych przez niemców: ARBEIT MACHT FREI. Niektórym zapewne po przeczytaniu tego napisu nasuwa się dwuwiersz, jakim podobno więźniowie w obozie w Oświęcimiu-Brzezince potajemnie odpowiadali na identyczny napis nad bramą wjazdową ("Arbeit macht frei/druch Kremmatorium nummer drei").

Scena, w której braliśmy udział rozgrywała się właśnie w tym miejscu. Pod 2 ścianami ustawieni byli statyści grający zwykłych więźniów obozu, my jako orkiestra staliśmy w kole na środku tego placu, a pośrodku orkiestry był dyrygent. Wśród orkiestry znajdowało się ok. 20 osób którzy uczestniczyli wcześniej w nagraniu utworu i 14 dla picu. Nie trudno zgadnąć, w której z tych części się znalazłem. Od bramy bocznej do części, która wydawała mi się blokiem damskim przejechał aktor w zielonym mundurze SS. Zaraz po tym Przejechał na koniu inny aktor przebrany za SS-mana, lecz pewnie był jednym z wyżej postawionych w tej jednostce. Zatrzymał się i zszedł z konia w połowie długości pierwszego odcinka statystów grających więźniów i podszedł do jedynego, który nie miał czapki. Nie słyszałem, co do niego powiedział, ale wyciągnął pistolet i "zastrzelił" statystę stojącego obok. Cały szereg wg wizji reżyserki miał się wystraszyć na dźwięk huku wystrzału. Kazał jakiemuś zapewne niższemu rangą SS-manowi zabrać czapkę trupowi i oddać ją temu bez czapki, co tamten bez zastanowienia wykonał. Następnie z powrotem wsiadł na konia i objeżdżając konno dookoła orkiestrę odjechał do bramy, z której się pojawił.
Cały czas udawaliśmy, że gramy "Eine kleine Nachtmusik", ale już zupełnie prawdziwe było to, że staliśmy w błocie po kostki i w przewiewnych ubraniach na zimnie.
Ciekawostką jest, że podczas pierwszej próby tej sceny aktor grający konnego SS-mana przystawił statyście grającemu trupa pistolet bezpośrednio do czoła (był to pistolet teatralny, czyli na kapiszony, ale powinien się znaleźć ok. 2cm od "ostrzeliwanego" obiektu), i za sprawą siły odrzutu ten człowiek został skaleczony lufą w czoło. Niby nic wielkiego, ale takie rzeczy nie powinny mieć miejsca, i aktor lub technik, który dawał mu ten pistolet mogli przewidzieć, że może się stać coś takiego. Podejrzewam, że jednak zostało mu to wynagrodzone, bo wyglądał co najmniej głupio. Później już aktor został poinformowany, żeby nie przykładać mu tej lufy do czoła.

Podczas jedzenia byliśmy też świadkami (przez okno) jak przez wspomnianą już przeze mnie główną bramę żołnierze przeprowadzali grupkę więźniów - szli na kolanach przez błoto.
Po kilkunastu próbach, wypłacie 150zł na głowę i rozliczeniu z Darkiem za paliwo wróciliśmy do Wołomina ok. godziny 16.00.
sobota, 6 marca 2010
Artystyczna dusza Kasiki P.
Dziś są urodziny mojej babci (6.03.2010). Oczywiście, życzyłem jej wszystkiego najlepszego, przyszedłem z kwiatkiem itp, ale jakoże jest to deczko nudna rodzinna impreza z siostrą cioteczną Agniechą stwierdziliśmy, że pójdziemy na piwo. W zasadzie to pójdziemy we dwoje, a tylko ja będę pił, no ale cóż, jak tam sobie woli. Agnieszka powiedziała mi, że jej koleżanka z klasy z gimnazjum ma wystawę swoich prac w Rybie (dla niewtajemniczonych - bar w Wołominie).
Gotyckie klimaty co prawda są mi raczej obce, ale generalnie dziewczyna jest spoko i przyznać trzeba, że dość utalentowana. Nie przebadam jej skali głosu na chwilę obecną (raczej skłania się ku sopranowi) ale rysuje świetnie. Polecam kilka obrazków z DeviantART.
I kilka przykładów (wszystkie pochodzą z jej profilu na DeviantART):




Polecam przejrzeć wszystkie obrazki. Ponoć jeszcze około tygodnia ta wystawa ma tam wisieć, ale nie ma tam nawet 1/2 tych prac co na DeviantART. Ale jakiś inny klimat w Rybie jest jak tam te potworki wiszą :)
Gotyckie klimaty co prawda są mi raczej obce, ale generalnie dziewczyna jest spoko i przyznać trzeba, że dość utalentowana. Nie przebadam jej skali głosu na chwilę obecną (raczej skłania się ku sopranowi) ale rysuje świetnie. Polecam kilka obrazków z DeviantART.
I kilka przykładów (wszystkie pochodzą z jej profilu na DeviantART):




Polecam przejrzeć wszystkie obrazki. Ponoć jeszcze około tygodnia ta wystawa ma tam wisieć, ale nie ma tam nawet 1/2 tych prac co na DeviantART. Ale jakiś inny klimat w Rybie jest jak tam te potworki wiszą :)
Etykiety:
akcje które popieram,
działalnlość znajomych,
sztuka,
Wołomin,
wystawa\występ
Subskrybuj:
Posty (Atom)