Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wołomin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wołomin. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 czerwca 2011

Wtorek, 14.

Jakoś tak się dziwnie złożyło, że wczoraj, czyli we wtorek, miałem jechać na szkolenie związane z nową pracą, a że miałem jeszcze odwołać się od mandatu wystawionego przez kanara w piątek w pociągu (jechałem na bilecie ulgowym, a zapomniałem legitki) musiałem wyjechać trochę wcześniej i pojechać na dworzec wschodni, by to osiągnąć (w końcu lepiej zapłacić 13zł aniżeli 150...). Było to powodem mojego wcześniejszego wyjścia z pracy ze szpitala. Tak więc ewakuowałem się ok. godziny 13.00 czy coś koło tego, poleciałem do domu, napiłem się, wykąpałem, opakowałem w garnitur, dwa razy sprawdziłem, czy mam legitkę i udałem się do kiosku po bilet ZTM.
Skasowałem go oczywiście, i choć chciałem pojechać bezpośrednio na wschodni z mojej stacji, to okazało się, że nie jest to jednak możliwe. No cóż, mówi się "trudno" i żyje się dalej.
Wsiadłem w pociąg na wileniak, gdzie aby znaleźć miejsce siedzące, by ustawić się wygodnie z netbookiem musiałem wydać 6zł w mac'u (cheeseburger + mała fanta to nic wielkiego, poza tym, że byłem głodny, a te fast-foody są tak zaprogramowane, by pobudzać apetyt). Dowiedziałem się, że da się tam dojechać linią Z-2, która to niegdyś podczas remontu mostu była mi dojazdem do szkoły. Niby fajnie, ale ta linia ma 2 przystanki pod wileńskim, a ja oczywiście musiałem znaleźć na początku ten niewłaściwy. Straciłem trochę czasu, ale miałem go na szczęście wystarczający margines, by mi to nie przeszkadzało (zawsze tak robię, jak jadę gdzieś po raz pierwszy - lepiej być za wcześnie, niż za późno). Pani w okienku "Windykacje" przy kasach prawie bez słowa obsłużyła mnie dość szybko (możliwe, że coś mówiła, ale przez tę szybę nic kurwa nie słychać!) i w miarę bezboleśnie. Potem doceniłem wiedzę, jaką zdobyłem podczas dojazdu w to miejsce.
Udałem się następnie z powrotem pod dw. Wileński i dojechałem do metra, którym udałem się na Wilanowską. Niedaleko tej stacji znajduje się siedziba firmy OVB Allfinanz, w której mam obecnie szkolenia aby zostać jej pracownikiem. Treść szkolenia pozostawię dla siebie, ale pochwalić się wypada, co się stało w siedzibie po jego zakończeniu. Mianowicie chodzi mi o spotkanie z wszystkimi pracownikami, i obecnymi, i dopiero zamierzonymi (jak np. ja) tej placówki, celem podsumowania miesiąca i dotychczasowego szkolenia. Dla mnie najważniejszym podpunktem było wymienienie osób, które już podczas szkolenia zaczęły coś robić w kierunku pracy w tym przedsiębiorstwie, gdyż zostali oni nagrodzeni firmowymi breloczkami, których ponoć w żaden inny sposób zdobyć się nie da. Ja takowy dostałem :)
Następnie pojechałem z jednym z kolegów do innego koleżki z uczelni, pogadać, zapalić, i jak się później okazało pomóc mu w przeprowadzce z jednej stancji na drugą. Moja pomoc co prawda była skromna, bo pilnowałem tylko otwartego samochodu, ale flaszka się należy! Niestety, aby zmieścić jego pokój w VW Golfie, kierowcę i jego samego, trzeba było składać tylną kanapę, więc ja już musiałem wracać komunikacją miejską. Dałem sobie radę bardzo dobrze, gdyż zauważyłem, że jeden z przystanków pierwszego tramwaju, w który wsiadłem, pokrywał się z trasą wspomnianego Z-2, więc dojechałem do niego, i dojechałem sobie spokojnie na wileński. Sam myślałem, że zejdzie mi się z tym dłużej. Do domu wróciłem oczywiście pociągiem, co dziwne, znalazłem nawet miejsce siedzące w jednojednostkowym składzie na Małkinię (i z nikim się nie biłem).
I jak na ironię, najciekawsze rzeczy działy się w moim miejscu pracy na chwilę po moim wyjściu.
Gdzieś niedaleko cmentarza w Kobyłce ktoś zaczął strzelać, w skutek czego mieliśmy dwóch nowych pacjentów. Fajna fura ich przywiozła: biały Lexus (choruję na GS300). Artykuł, który podrzuciłem, nie jest niestety zgodny z prawdą:
  1. Rany nie dotyczyły barku i uda, tylko klatki piersiowej i brzucha
  2. Sprawca wg artykułu został zatrzymany "nieopodal szpitala", a miało to miejsce na parkingu już za szlabanem, tuż pod samym głównym wejściem
Szkoda po trochu, że tego nie widziałem, ale podobno akcja była jak z filmu kryminalnego: Podjeżdża zajebista fura, zaraz do niej podbiega trzech policjantów, wyciągają z niej dwóch typów i aresztują. - polskie kino wymięka.
Ech, na tym terenie to chyba zawsze będą się strzelali. Większość Wołominiaków pamięta zapewne, jak ś.p. Gruszczyński powystrzelał połowę rodzeństwa Czajewiczów kilka lat temu. To była obława! Na co drugim skrzyżowaniu uzbrojony w kałasznikowy patrol minimum dwóch policjantów, pod Carrefourem (jeszcze wtedy stał) autobus policji i dwa vany z uzbrojeniem o godz. 7.00... a i tak kradli.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Szary post...

...opisujący zwykłą rzecz, jaką wiele razy wiele osób robiło.
Jak większość studentów mieszkających w Wołominie, tak i ja dojeżdżam do Warszawy do szkoły. Mniejsza już o samą szkołę. Przeważnie moja droga do szkoły zaczyna się o 6:30, lecz dziś zaczęła się o dwie minuty później, co poskutkowało widokiem odjeżdżającego pociągu z odległości 150m. Pociąg jadący oczywiście do Dworca Wileńskiego, prawdopodobnie jedynego na świecie kompleksu centrum handlowego ze stacją kolejową.
Jadąc zazwyczaj o 6:44 spod tzw. szubienicy (tj. ze stacji PKP Wołomin) docierałem do szkoły na Ursynowie w godzinę - metro okazuje się być bardzo dogodnym środkiem transportu. W dodatku, bardzo często trafiałem w pociągach znajomych z czasów liceum i gimnazjum.
Dziś jednak wyszło, jak wyszło, pospałem trochę dłużej, i skorzystałem z alternatywnej linii: do Warszawy Zachodniej. I w cale nie wyszedłem na tym dużo gorzej.
Przypomniałem sobie, że niegdyś ściągnąłem sobie na telefon mapę linii kolejowych okręgu warszawskiego - wsparcie 250kb obrazka okazało się wprost nieocenione w tej sytuacji. Ogólnie chwalę sobie możliwości mojej Motoroli, gdyż nieraz bezczynne minuty czekania uprzyjemniam sobie czytając na nim książki, o czym już wzmiankę nawet zrobiłem. Tak też było dziś w pociągu: "Ogród bestii" Jeffery'ego Deaver'a złagodził mój niepokój, że się zgubię (jak się później okazało - nieuzasadniony). Jadąc prawie pustym pociągiem ponad pół godziny przeczytałem ładny kawałek owego ebooka, kontrolując na każdej stacji, gdzie jestem i porównując to co jakiś czas z posiadaną mapą. Mijając Dworzec Wschodni wspomniałem, jak dwa lata temu odprowadzałem tam troje znajomych jadących na wczasy, którzy do ostatniej chwili namawiali mnie, bym pojechał z nimi. Gdy już dojechałem na Śródmieście, wyszedłem z odoru niewietrzonego i nieklimatyzowanego pociągu z zablokowanymi oknami w smród szczyn i nie wiadomo czego jeszcze na peronie, doszedłem do wniosku, że plugawe powietrze centrum najważniejszej metropolii w Polsce nie jest jeszcze takie najgorsze, a wręcz błogosławione.
Niedługo po wyjściu na powierzchnię pojawiła się u mnie potrzeba zapalenia papierosa, co też uczyniłem, i z tym towarzyszem prawie dotarłem do metra. Jak zwykle pod pałacem kultury trafia się palacz-sęp, ale tym razem trochę dziwny: dwóch, prawdopodobnie nie znających się ludzi rozmawiających (na szczęście w kulturalny sposób) o wyglądzie jednego z nich, mianowicie o podobieństwie do Macieja Miecznikowskiego. Faktycznie, trochę podobny, pomyślałem, i zapytany później o to nawet to powiedziałem, ale w sumie co mnie to obchodzi.
Choć nie korzystam z reguły ze stacji PKP Śródmieście, to bez problemu trafiłem do metra, gdzie pojawił się mój odwieczny problem dotyczący stacji Centrum: zjechałem na nie ten peron, co potrzeba (szkoda, że ta stacja nie jest tak zorganizowana jak wszystkie pozostałe). Eh... cóż, kolejny pociąg mi dziś uciekł, ale jestem przyzwyczajony, że tu mi się to zdarza. Jak widać umiem z tym żyć.
W metrze to już standard: dojechałem do stacji Stokłosy, skąd do mojej szkoły jest 150m. Gdy spojrzałem na budynek uczelni naszedł mnie odruch zerknięcia na zegarek. Była 8:10, czyli pierwszy wykład powinien się już zacząć. Jako że nie mam również pamięci do numerów sal, w których mam zajęcia napisałem po drodze sms do kolegi z zapytaniem właśnie o miejsce zajęć. Gdy dotarłem na salę, okazało się, że nie tylko ja przysnąłem... byłem dziesiątą osobą, wliczając w to profesora, który stwierdził, że lepiej poczekać, aż ktoś jeszcze dojdzie.
Moje spóźnienie było po prostu nieodczuwalne, poza tym, że sprawdziłem alternatywę trasy dojazdu do szkoły.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Ossów 1920-2010

Mówiąc o historii, tworzymy historię. Wczoraj (14.08.2010) na polach Ossowskich była rekonstrukcja bitwy zwanej przez wielu "cudem nad Wisłą" (choć do Wisły jest stamtąd ok. 20km). Jako członek chóru Echo czynnie uczestniczyłem w mszy po inscenizacji: podobno msza owa była nawet transmitowana w TV (owszem, widziałem kamery), ale na pewno będzie opisywana w "Wieściach podwarszawskich". Oprócz kamer widziałem jeszcze Chór i orkiestrę wojska polskiego, cały szereg różnego stopnia wojskowych, burmistrza Miasta Stołecznego Wołomina p. Jerzego Mikulskiego, prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej p. Bronka Komorowskiego, prymasa Józefa Glempa (poznałem po radarach), polonistę z liceum na Sasina a dziennikarza jednej z lokalnych gazet Rafała Pazio, grupkę harcerzy harcujących z wodą, i cały tłum bydła cywilnego. Na mszy odbyła się również ceremonia wręczenia Orderu Orła Białego.
Ogółem było tam dużo gadania, zwłaszcza pięknych słów, które i tak niczego politycznie nie zmienią, ale nie o to tu chodzi. Uważam, że takie wydarzenia, jak ta rocznica są potrzebne. Polska historia jest ciekawa, a taka nieobowiązkowa jej lekcja skusić może większą uwagę, niż te, które obowiązkowo w podstawówkach, gimnazjach i szkołach średnich są wmuszane na siłę. Jedyne, co mi się nie podoba, to że moja teczka w IPN tężeje od takich wydarzeń (aby móc wystąpić musiałem udostępnić moje dane osobowe, m. in. imię ojca i PESEL).

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Sympozjum naukowo-szkoleniowe

W piątek, 18 czerwca dostałem informację od mojego szefa odnośnie sympozjum, jakie miało się wydarzyć w MDK w Wołominie. Nie byłem tam zaproszony w celach edukacyjnych ani jako VIP, lecz do obsługi technicznej - tak wyszło, że główny informatyk u nas w szpitalu miał wystarczająco zajęć na ten dzień, a z kolei zapasowy (prawie)informatyk - urlop, więc zaciągnięto do tego celu mnie. Robota była prosta: zapuszczać po kolei prezentacje i pilnować, by nic się nie psuło. Zadanie wykonałem ☺
Samo w sobie sympozjum było organizowane w dwóch celach: 1.: Aby uczcić 35-lecie istnienia tegoż szpitala, i 2.: W celach dydaktyczno-szkoleniowych.
6 oddziałów przygotowało 8 prezentacji, na których były poruszane tematy cukrzycy u osób w każdym przedziale wiekowym (od noworodka do dinozaura), w tym cukrzycy widzianej z punktu, jaki widzą okuliści, o porodzie aktywnym, nowotworach jelita grubego, nowoczesnych metodach leczenia udarów mózgu, prezentacja oddziału okulistycznego i zachęcanie do korzystania z dostępnych badań bakteriologicznych.
Aż się zdziwiłem, gdy się dowiedziałem, jakim pionierem w swojej dziedzinie jest nasz oddział okulistyczny. Okazuje się, że oddział ten ma swoje autorskie metody leczenia np. skrzydlika i prace nad leczeniem błoną owodniową. Bardzo pozytywnie zaskoczyłem się i będę reklamował nasz Oddział Okulistyczny moim znajomym.
Niewielu również wie, że cukrzyca może zakończyć się dla diabetyka amputacją nogi. Chodzi o stopę cukrzycową - jest to specyficzne powikłanie tej choroby, powodowane przez jej złe kontrolowanie.
Ciekawych rzeczy dowiedziałem się odnośnie udarów mózgu: ponoć spożywanie do 2 kufli piwa, zamiennie z 2 kieliszkami wódki zmniejszają prawdopodobieństwo wystąpienia udaru niedokrwiennego mózgu. Nie chodzi o rodzaj alkoholu, ale o jego ilość: powinno to być nie więcej niż 30g etanolu. I weź tu nie popadnij w alkoholizm...

piątek, 25 czerwca 2010

Wybory prezydenckie 2010: 1. tura

I tak oto po Kaczorze, który zginął w locie identyczny z nim Kaczor do władzy dochodzi. I to taki sam g(o)łąb, co poprzednik.
Ale dajmy spokój ironii, bo niejaki Hubert Hoffman przekonał się kiedyś, co to znaczy jeździć po Kaczorach.
Jako członek komisji wyborczej, mającej okręg w szpitalu, w którym pracuję, publikuję wyniki:
Jarek, co przyjaciół ma wielu, a każdy chce leżeć na Wawelu: 20 głosów.
Bronek, którego Donald bez "R" prezentuje i promuje: 19 głosów.
Grześ, co idąc przez wieś wór lewicy niesie: 4 głosy.
Marek, pieszczotliwie Jurkiem nazywany: 1 głos.
Tak więc razem mieliśmy 44 wyborców - super okrąg wyborczy. Ogółem w narodzie wybory prezentowały się tak:
KandydatGłosyProcent
Bronisław Maria Komorowski6 981 31941,54%
Jarosław Aleksander Kaczyński6 128 25536,46%
Grzegorz Bernard Napieralski2 299 87013,68%
Janusz Ryszard Korwin-Mikke416 8982,48%
Waldemar Pawlak294 2731,75%
Andrzej Marian Olechowski242 4391,44%
Andrzej Zbigniew Lepper214 6571,28%
Marek Jurek177 3151,06%
Bogusław Zbigniew Ziętek29 5480,18%
Kornel Andrzej Morawiecki21 5960,13%
Razem16 806 170100,00%
Frekwencja54,94%

Tak więc wydawałoby się, że największe szanse na wygraną ma Komorowski, ale przypomnijmy sobie, jak to było 5 lat temu: Tusk miał znaczącą przewagę nad śp. L. Kaczyńskim, a jak to się skończyło przypominać już nie muszę. W gruncie rzeczy, nie wyszło to tak źle (zob. demotywator) ale Kaczyńskie 5 minut/lat już minęło, dajmy szansę wykazać się komuś innemu.
Smuci mnie niestety wątek taki, że w zasadzie wszyscy z nich mówili w swych programach to samo, a żaden nic konkretnego (z pominięciem Janusza Korwina-Mikke, ale jego program nie przekonuje mnie do oddania głosu na niego). Niestety, czego by nie obiecywali, mało co z tego zrobią, więc w tym momencie przypomina mi się dodatkowo piosenka zespołu Coma - "Nie wierzę skurwysynom".

Piosenka ta po trochu potwierdza tekst Kazika z "12 groszy", z resztą już nie raz na tę piosenkę się powoływałem:
Nie prawica, nie liberał, nawet żaden faszysta
Kowboj, cza-cza, to normalny komunista!
co należy czytać, że od upadku komunizmu każdy w rządzie to i tak komunista, każdy mówi to samo (z niewielkimi różnicami), tylko nazwy partii się pozmieniały, i to się potwierdza w takich sytuacjach jak te wybory - na kogo byśmy nie głosowali, to samo gówno będzie na nas spadało, tylko że inna dupa będzie je wysrywać (a co gorsza, nawet żadnej ładnej nie ma, tzn. żadnej kobiety która chociaż wizualnie robiłaby dobre wrażenie).

poniedziałek, 22 marca 2010

Radio Demolka Wołomin

Z racji takiej, iż pod względami audiofonicznymi nie należę do ludzi którzy słuchają tylko określonego gatunku muzyki (nie ważne, czy pop, czy hip-hop, czy rock, czy dance czy cokolwiek innego - taki człowiek jest jak koń z klapkami na oczach), a moje gusta muzyczne określam jako "wybitnie niesprecyzowane" przedstawię wam drobną nowość:
Po wcześniejszym spożyciu alkoholu ustawiłem się w sobotę z paroma kumplami, iż po przetrzeźwieniu pomogę im przy pisaniu strony internetowej. I oto jest: rdw.za.pl
Bez wątpienia nie lada gradka dla wielbicieli Polskiej muzyki Tanecznej (tak, dobrze rozumiesz, przeważnie Disco-polo!)
Woytek, Smoczek i Maniek są ludźmi, których poznałem jeszcze w liceum, i nie jeden raz się wymienialiśmy muzyką czy wspieraliśmy w tematach elektroniki i innych. Ludzie są zajebiści, kto zna, ten wie, i to właśnie oni stoją po stronie organizacji tego nietypowego zjawiska atmosferycznego, jakim jest eter Radia Demolki. Z racji faktu, iż wszyscy mają też inne rzeczy do roboty, radio przeważnie gra w godzinach wieczornych.
Na wspomnianej internetowej antenie będą nadawane pozdrowienia, które każdy może wysyłać do rozgłośni za pośrednictwem ich strony internetowej.

[c.d.n.]

czwartek, 18 marca 2010

Kolejna ciekawostka z Wołomina

Wydawało mi się, że handel narkotykami na terenie Wołomina się uspokoił, a tu zonk...
Nie wiem, jak wam, ale mi się na Mieście nie rzuca w oczy, żeby jakiś naćpany typek stał czy coś. I nie jest ich aż tylu, żeby nie rzucali się w oczy jak każda codzienna rzecz, tylko po prostu ich nie widuję. Z kolei jak się kręcę po Warszawie widzę sporadycznie ludzi, którzy np. wybuchają śmiechem na głos lektora w tramwaju. Tak więc co, mamy export towaru do stolicy?
Ten post może się wydawać co najmniej głupi lub dziwny, ale szkoda mi, że przez pojedyncze osoby i zajścia całe miasto ma zjechaną opinię.

czwartek, 11 marca 2010

"I moje miasto złą sławą owiane..."

Niejeden słyszał na pewno o mafii wołomińskiej, jest to temat, którego rozwijać nie trzeba. Głośno też było o pożarze marketu Carrefour Express przy ul. wileńskiej (150m od komendy policji), a mieszkańcy tego miasta na długo zapamiętają obławę na Michała Gruszczyńskiego, kiedy to na co drugim skrzyżowaniu stał uzbrojony patrol policji. Dziś jednak przeczytałem w internecie coś, co mnie trochę zaciekawiło. Zobacz tutaj.

Faktem niezaprzeczalnym jest, że nie lubię policji, gdyż już kiedyś dostałem wpierdol od policjanta za wędrówkę z otwartym piwem po ulicy, ale jednak traktuję ten przypadek jako indywidualny: policjant kretyn chciał się popisać, że chodzi na siłownię. Mimo tego jednak nie piszę na ścianach napisów "HWDP", "JP", nie krzyczę "Jebać policję" na ulicy ani nie robię sobie takich opisów na gg, bo po pierwsze, tak się zachowują dzieciaki, które bardzo często kradną, niszczą mnóstwo różnych rzeczy (jak np. przypadek pod fortem wola, gdzie policjant zwrócił uwagę dzieciakowi za rzucenie koszem na śmieci w tramwaj i dostał za to nożem). Po drugie, gdyby nie było policji, to żaden z tych dzieciaków nie byłby w stanie nawet wyjść z domu, bo by się po prostu bał nawet podejść do okna we własnym pokoju, gdyż nie miałby pewności, czy na ulicy nie łazi jakiś typ, co mu z nudów łeb odstrzeli.
Nie lubię policji, ale za to właśnie ją szanuję, i uważam, że mimo wszystko jest potrzebna.
Jeśli jesteś dzieckiem "JP100%"
, to powiedz mi (napisz w komentarzu), co zrobisz, jak stojąc w kolejce do sklepu wpadnie do niego kilku kolesi z bronią i potraktują jako mięso armatnie? komu będziesz dziękował, jeśli to policja cię uwolni? albo jak w końcu ktoś na prawdę podłoży bombę pod kauflanda, a oni ją znajdą i zawołają saperów do rozbrojenia ładunku? Chyba nie będziesz dziękować bogu, bo jeśli takowy istnieje, i niezależnie jak się nazywa, gówno by dały jakiekolwiek modlitwy do niego, gdyby nie miał na ziemi ludzi stanowiących jego ręce do pracy.

środa, 10 marca 2010

Parę słów o pracy

Praca w sekretariacie szpitalnym dla niektórych to pewnie coś śmiesznego, ale sam się przekonałem, że warto być pracownikiem służby zdrowia. Robota sama w sobie nie jest jakaś supertrudna, ani superpłatna, ale biorąc pod uwagę, że pracuję w miejscu oddalonym o 15min. spaceru od własnego domu i nie wydaję pieniędzy na dojazdy to 1300zł nie jest takie złe.
Ogółem mój dział nazywa się "Dział kontraktowania i rozliczania usług medycznych" i można go podzielić na kilka specyfikacji:
  1. Praca na oddziale
  2. Praca na rejestracji
  3. Wyznaczanie grup i JGP
  4. Poprawianie błędów po w/w
Ja obecnie pracuję na oddziale, i moja praca polega na pisaniu kart informacyjnych dla pacjentów, zbieraniu brakujących numerów ubezpieczeń, w zależności od specyfiki oddziału zajmowałem się również takimi rzeczami jak zamawianie karetek do transportu pacjentów, wystawianie faktur za leczenie (jeśli pacjent nie dostarczył dowodu ubezpieczenia), wypełnianie druków godzin pracy lekarzy. Z uwagi na to, co napisałem odnośnie faktur, pragnę zwrócić uwagę osób bezrobotnych: Urzędy Pracy, nawet jeśli nie wypłacają zasiłków, to opłacają ubezpieczenie osób zarejestrowanych jako bezrobotne, więc jeśli będziesz mieć wypadek podczas poszukiwania pracy (złamiesz nogę na lodzie, cegła z dachu spadnie Ci na głowę, pojedziesz na kurwy i złapiesz syfa czy cokolwiek innego) jako dowód ubezpieczenia pokażesz zaświadczenie z pośredniaka i nie martwisz się, że będziesz obciążony rachunkiem za leczenie (mogą one sięgnąć kwoty kilkunastu tysięcy złotych, więc chyba warto).
Praca na rejestracji, od czego zaczynałem, to trochę inna bajka. Jest tu zdecydowanie więcej pracy z pacjentem i trzeba umieć negocjować lub być po prostu upartym. I z uwagi na to wolę pracować na oddziale. Jak pracowałem w poradni i na rehabilitacji na rejestracji często zdarzało się tak, że pacjent był niezadowolony z zaproponowanego terminu i klął, chciał składać skargi albo nawet się bić. Jak sobie chce, ja mam ochroniarzy w szpitalu. Ale nie są to sytuacje miłe ani dla mnie, ani dla drugiej strony, lecz jestem wtedy postawiony w niezręcznej sytuacji: Szkoda mi człowieka, bo wiem, że go boli, a z drugiej strony nie mogę przecież przekroczyć fizycznych możliwości lekarza który też jest człowiekiem, też się kiedyś zmęczy i powie, że ma na dzisiaj dość, a w dodatku będzie miał w tym rację. Oprócz tego, nie mogę narażać poradni na straty, jakimi są wszystkie nadwykonania nierefundowane przez NFZ, a co za tym idzie obrywa się po kieszeni również całemu szpitalowi.

Bardzo przykrą sytuacją zarówno dla pacjentów, co i dla pracowników jest mniejszy kontrakt na rok 2010 niż na 2009. Ta różnica zaowocuje tym, że tak jak w 2009 roku do niektórych specjalistów mieliśmy wykończone zapisy do końca roku w październiku, bo Narodowy Fundusz Zdrowia nie płacił za większą ilość wizyt niż to było ustalone, tak teraz taka sytuacja może mieć miejsce już w sierpniu. Fundusz nie da wystarczającej kwoty na zaspokojenie potrzeb pacjentów, więc poradnia nie może wykonać porady. A fundusz nie da, bo nie dostał ze skarbu państwa, który woli postawić kolejny kościół na 2000 wiernych na zadupiu gdzie w promieniu 15km nie ma nawet tylu ludzi, zamiast dofinansować faktycznie potrzebną instytucję (bo modlitwy do Boga okażą się nieskuteczne, jeśli ten Bóg, jakkolwiek nazwany, nie będzie miał na ziemi rąk do pracy). Nam z kolei słucha się za to wszystko od ludzi. I to jest podstawowy problem, dla którego nie lubię pracować na rejestracji.
Drugim z tych problemów jest ilość osób, z którymi muszę się kontaktować: zdecydowanie wolę pracować z zamkniętym gronem ludzi, z którymi wiem jak rozmawiać, niż z co chwilę zmieniającymi się w kolejce pacjentami. Owszem, pod względem zaplecza przyznać muszę, że dziewczyny z rejestracji w poradni to na prawdę przesympatyczna ekipa, i bardzo miło wspominam przegadane z nimi godziny nudy, gdy nie było pacjentów do rejestrowania. Nie zaprzeczam również, że przy ściąganiu ubezpieczeń muszę rozmawiać z pacjentem, ale ta rozmowa wygląda kompletnie inaczej, i nie ma tak niemiłych sytuacji, jak przy rejestrowaniu.
Wyznaczanie grup JGP to dość skomplikowany wątek, i rozwijanie go tutaj jest zdecydowanie złym pomysłem, ale dla mnie ma jedną zaletę: Brak kontaktu z pacjentami. Niestety, gdy był ogłoszony konkurs na te stanowiska (są w moim szpitalu 3) to ja zająłem 4. miejsce, co mnie klasyfikuje jako "pierwszego rezerwowego" w przypadku, gdy zaistnieje potrzeba znalezienia dodatkowej pary rąk do pracy.
Poprawianie błędów - błędy są nieodłącznym elementem każdej pracy, a w przypadku pracy w szpitalu dotyczą one w zasadzie tylko błędnie wyznaczonych produktów, grup i procedur. Dość zawiły motyw, dotyczy bardzo szczegółowych zagadnień związanych z oprogramowaniem do prowadzenia rozliczeń z NFZ, więc również muszę to traktować jako tajemnicę zawodową.


UWAGA!
Dość ważny link, który dotyczy fragmentu tego posta, ale i post dotyczy jego:
Budowa kościoła zamiast rozbudowy szpitala w Woli Justowskiej
Przypadek, o którym już tutaj mówiłem!

Zdjęcia, które tu wstawiłem pochodzą ze strony internetowej Szpitala Powiatowego w Wołominie

sobota, 6 marca 2010

Artystyczna dusza Kasiki P.

Dziś są urodziny mojej babci (6.03.2010). Oczywiście, życzyłem jej wszystkiego najlepszego, przyszedłem z kwiatkiem itp, ale jakoże jest to deczko nudna rodzinna impreza z siostrą cioteczną Agniechą stwierdziliśmy, że pójdziemy na piwo. W zasadzie to pójdziemy we dwoje, a tylko ja będę pił, no ale cóż, jak tam sobie woli. Agnieszka powiedziała mi, że jej koleżanka z klasy z gimnazjum ma wystawę swoich prac w Rybie (dla niewtajemniczonych - bar w Wołominie).
Gotyckie klimaty co prawda są mi raczej obce, ale generalnie dziewczyna jest spoko i przyznać trzeba, że dość utalentowana. Nie przebadam jej skali głosu na chwilę obecną (raczej skłania się ku sopranowi) ale rysuje świetnie. Polecam kilka obrazków z DeviantART.
I kilka przykładów (wszystkie pochodzą z jej profilu na DeviantART):








Polecam przejrzeć wszystkie obrazki. Ponoć jeszcze około tygodnia ta wystawa ma tam wisieć, ale nie ma tam nawet 1/2 tych prac co na DeviantART. Ale jakiś inny klimat w Rybie jest jak tam te potworki wiszą :)