Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 marca 2011

Angry Birds

Choć graczem nie jestem, to jednak ta gra mnie wkręciła nie tylko dlatego, że słyszałem o niej wcześniej, i... nie wypuszczała przez dość długi czas. Otóż Angry Birds to gra produkcji skandynawskiej korporacji programistycznej o wdzięcznej nazwie Rovio, w której to grze dowodzimy grupą kolorowych ptaków mających na celu odzyskanie skradzionych przez zielone świnie jaj. Ci, którzy nie słyszeli jeszcze o tej grze, lub wiedzą o niej mało, pewnie się ubawili przy czytaniu poprzedniego zdania. W sumie nie dziwne, bo fabuła jest zwyczajnie komiksowa.
Wielu maniaków gier flash kojarzy zapewne Zamkową katapultę. Gra była na tyle popularna, że wyszła jej druga część, według mnie zdecydowanie ciekawsza, i podejrzewam, że mogła nawet być prekursorem Angry Birds. Wściekłe Ptaki same w sobie pojawiły się najpierw na platformę dla iOS (iPod Touch, iPhone), później na Androida (gdzie zdobyła największą popularność), Maemo, Symbiana, PSP, Palm Web OS, a na samym końcu na systemy stacjonarne typu PC i Playstation. Ja dorwałem wersję na Androida.
Fabuła gry jest taka: Świnie ukradły z gniazda ptasie jaka, więc te ptasie móżdżki, zamiast wziąć się za produkcję kolejnego zestawu, wolą odzyskać tamte, żywiąc cały czas nadzieję, że nie zostały jeszcze zjedzone. Przykład zaciągnięty chyba z iPhone'a:
Tu mamy 5 pierwszych poziomów. Co jakiś czas dochodzą nowe, i nie jestem w stanie określić, ile ich jest w chwili obecnej, ale mając jeszcze na uwadze aplikację Angry Birds Seasons (Walentynki, Boże Narodzenie, Halloween, Zielone Świątki, etc... logika i fizyka są te same, ale mamy do dyspozycji nowe poziomy stworzone na konkretne święta) można się spodziewać ok. 170-200.
Do dyspozycji mamy kilka ptaków:
  1. Czerwony, podstawowy, którego możliwości oglądaliśmy przed chwilą.
  2. Trójkątny żółty, który po wypuszczeniu i ponownym dotknięciu ekranu spłaszcza parabolę swojego lotu, przyspiesza i dobrze przecina żółte (prawdopodobnie drewniane) klocki i słupki.
  3. Mały niebieski, który po wypuszczeniu i ponownym dotknięciu ekranu dzieli się na 3 (WTF? minus za brak realizmu w tak wybitnym stopniu, przecież ptaki nie rozmnażają się w locie) i świetnie nadaje się przeciwko niebieskim klockom i bloczkom (zdają się być szklane).
  4. Czarny, przypominający bombę i jak bomba się zachowujący: po uderzeniu w kamienny (szary) słupek lub bloczek niszczy go doszczętnie, jak również 2 lub 3 znajdujące się za nim, na końcu wybucha. Nie bez powodu na obrazku obok nazwany został jako kamikadze.
  5. Biały, który z uwagi na swoją zawartość przypomina kształtem jajko. Tu właśnie pojawia się według mnie pewien absurd, ponieważ ptak ten zrzuca jajko jako bombę, a następnie zmienia trajektoria swojego lotu (a przecież o jajka im chodziło!).
  6. Zielony tukan, który po otwarciu dzioba zachowuje się jak bumerang, zastosowanie ma podobne co żółty, ale służy do uderzeń od tyłu konstrukcji.
  7. Pojawiają się też większe ptaki, które mają zastosowania takie same, co ich mniejsi koledzy o tych samych kolorach, ale zdecydowanie większą moc.
Gracz nie ma możliwości wyboru ptaków przed rozpoczęciem gry, ani w trakcie jej trwania. Ptaki są dobrane raz na zawsze do określonego poziomu, i trzeba się z tym pogodzić. Jeśli po wystrzeleniu ptaka z procy po lewej stronie nie dotkniemy ekranu, nie użyjemy jego dodatkowej właściwości, i będzie miał taką samą funkcję, co czerwony, czyli jeśli konstrukcja się nie przewróci, to niewiele się stanie.
Celem każdego poziomu jest usunięcie wszystkich zielonych świń na planszy. Konstrukcja sama w sobie może zostać nietknięta, o ile pozdychają te świnie (nie umierają ze starości).
Ciekawostką jest nowa część gry o nazwie Angry Birds Rio. Jest to sposób na promocję filmu animowanego o tym właśnie tytule, opowiadającego o ptakach właśnie. Trailer gry:
Poza tym, istnieje również możliwość zrobienia sobie tortu urodzinowego z Wściekłymi Ptakami w roli głównej, w tzw. "Real3D". Ot i właśnie:

środa, 17 listopada 2010

"Requiem dla snu"

Ten demotywator okazał się być dla mnie motywatorem do obejrzenia Requiem for a dream. Zgadzam się w 100% z jego autorem - ów film daje takiego kopa w mózg, że patrzę się teraz na ćpanie z jeszcze większym obrzydzeniem, niż do tej pory.
Film sam w sobie można traktować jako ostrzeżenie zarówno przed różnego rodzaju pixami czy czymkolwiek takim (zwłaszcza przed braniem w żyłę - zob. obrazek powyżej), ale też przed lekami teoretycznie dopuszczonymi do sprzedaży w aptekach. Najciekawsze dla mnie jest to, kto zauważył pierwszy działanie leków.
Polecam szczerze każdemu obejrzenie tego filmu. Jest to tzw. terapia szokowa, ale bardzo skuteczna.

niedziela, 18 lipca 2010

Palikot o Gosiewskim: "on żyje"

Pan Janusz Palikot na swoim blogu sugeruje, jakoby Przemysław Gosiewski żył, i był widziany na peronie we Włoszczowej. Moje pytanie teraz brzmi następująco: skąd niby taka informacja? i dlaczego akurat na tym peronie, który - o ironio - sam kilka lat temu sponsorował podczas budowy, by zdobyć tam popularność?
Sugestie, że ciała znalezione w lesie smoleńskim i/lub te przywiezione do Polski w trumnach to zwłoki innych osób, a de facto tamci "nasi-nienasi" są przetrzymywani w granicach Rosji (jak pisze Palikot) wydają się być mało prawdopodobne, i lepiej, by nie miał on racji.
Osobiście uważam, że w głowie posła Palikota rodzą się pomysły na ciekawe scenariusze filmowe: mijające się z prawdą w założeniach i zakręcone jak psie gówno, oparte czasem na stanie faktycznym (numer z "małpkami"), a czasem na urojeniach jak w filmie "teoria spisku" z 1997r.
Dlatego w tym momencie uznaję to za kolejny wygłup Palikota, który udaje dra Frankenstein'a, mając za swego potwora Przemysława Gosiewskiego:
- On żyje!


No, dobra, deczko przesadziłem, ale hasło jest podobne.

wtorek, 13 lipca 2010

Jackass vs. Remi Gaillard

Nieraz widzieliśmy wszyscy wygłupy różnych ludzi, rejestrowane na filmach wideo i publikowane w internecie w celach czysto rozrywkowych - najczęściej są one komentowane przez widzów słowami kurwa, ale to debile są, ja pierdolę i chyba nie jest to dziwne, bo kto zdrowy na rozumie zacznie robić takie rzeczy, jak strzelanie sobie w brzuch poniżej zabezpieczenia z markera do paintball'a albo z atrapy broni do ASG, albo skakanie na motorze tak, by motor przygniótł kierowcę? Tak samo kto biega po supermarkecie przebrany za Pacmana? Oni: Remi Gaillard, a jak nie on, to Bam Margera ze swoją ekipą z Jackass. Zależy to w dużej mierze od rejonizacji - Remi działa we Francji, a Jackass'y w Stanach Zjednoczonych. Zobaczcie sami, oto Jackass.

na powyższym filmie widać, jak koleś nasikał do pistoletu na wodę a potem zrobił kawał koledze. Świńskie, ale nawet śmieszne. Jest to trailer jednego z ich pełnometrażowych filmów.

Tutaj spikerka sama mówi, co się stało. To, co dopowiedział tamten typ i co zrobili z sankami uzupełnia tylko niewielkie braki w jej wypowiedzi.

Więc to jednak prawda... dobra, wolę nie sprawdzać w domu☺

A to już jest ten słynny Bam: Strzela z tego w swoją żonę. Chyba średnio udał im się ten związek ☻ to jest trailer tego samego filmu, o którym już wspominałem.

O tym filmie też już tu przed chwilą pisałem - to z motorem.

Tutaj głupy skaczą z rampy do wody na deskorolkach, BMX'ach, hulajnogach i czym się da. Bam jak widać trafił w ustawione na wodzie kółko - nic dziwnego, jest on zawodowym skater'em, więc takie triki nie są dla niego wyczynem. Poniżej inne podobne wyczyny Jackassów.


Remi Gaillard
Od tego miejsca post ten przyjmuje motto życiowe Remiego:
Robiąc cokolwiek, stajesz się kimkolwiek.

Jest to satyryk o dość dużych umiejętnościach sportowych, lubiący się nimi popisywać podobnie do Jackass'ów - czyli kolejny odpierdalacz. Oto kilka filmów.

Kangurek - Pierwszy film Remi'ego, jaki zobaczyłem. Teraz to już klasyk ☺ podobnie, jak poniższy Pacman.

O Pacmanie pisałem na początku tego posta; teraz zobaczmy Football: Remi popisuje się swoimi zdolnościami piłkarskimi.


Podsumowując, bardziej przekonuje mnie do siebie humor Remi'ego niż Bama, ale muszę przyznać, że obaj są całkiem niezłymi sportowcami i nawet trochę zabawni. Obaj również uważają się za zawodowych komików, ale sami oceńcie, czy ich narcyzm ma jakieś odniesienie do rzeczywistości ☻

niedziela, 6 czerwca 2010

Ciekawa fabuła pornosa...

Jako częsty bywalec Gazety.pl, a zwłaszcza użytkownik ich kanału RSS, wyczytałem tam przed chwilą o ciekawym zdarzeniu na planie filmu pornograficznego: Otóż jeden z aktorów, po tym jak dowiedział się o swoim zwolnieniu z pracy zabił swojego kolegę kataną, która miała służyć jako rekwizyt w owym filmie, po czym popełnił samobójstwo skacząc ze wzgórza. Takiego pornosa to jeszcze nie widziałem:) choć w sumie, to nie jestem aż tak tym zainteresowany. Aczkolwiek też bym się wkurzył, jakbym się postawił na jego miejscu - pojawił już się na planie, pewnie w pełnym wzwodzie, i się dowiedział, że sobie nie porucha. Co prawda nie jest to powód, żeby kogoś od razu zabijać, i według mnie facet ostro przesadził, ale widocznie mu się bardzo chciało. Śmieszne - będzie z niego kandydat do nagrody Darwina. Nie zmienia to jednak faktu, że można takie sprawy rozwiązywać na bardziej pokojowe sposoby.

poniedziałek, 8 marca 2010

"Ukryci"

W sobotę (6.03.2010) dostałem informację od żony mojego dyrygenta, iż potrzeba statystów do filmu. Na początku nie dostałem zbyt wielu informacji, dowiedziałem się tylko o tym, że w niedzielę trzeba się stawić o 7.30 w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych na Chełmskiej w Warszawie, co mi się niezbyt spodobało, gdyż zamierzałem z ojcem pojechać na Wolumen, lecz ostatecznie zdecydowałem się iść na plan filmowy. Przy dalszych uzgodnieniach dowiedziałem się, że mamy z paroma osobami z chóru grać jakiś zespół. Trochę mnie to rozbawiło, ponieważ odkąd w trzeciej klasie szkoły podstawowej na lekcjach muzyki uczyłem się grać na flecie i z niesamowitą wręcz radością odstawiłem ten instrument nie zrobiłem kompletnie nic by rozwijać się w kierunku jakiegokolwiek innego sprzętu grającego i obecnie nie umiem grać na niczym. Na szczęście okazało się, że nie będą to nagrania dźwiękowe, tylko teatrzyk no nagranego już utworu.
Wybraliśmy się tam składem z chóru: ja i Darek z basów oraz Marcin i p. Janusz z tenorów, pojechaliśmy Darka samochodem.
Przez pierwszych kilka minut mieliśmy problemy żeby w ogóle wejść na teren wytwórni, jednak po przeczytaniu 1 ogłoszenia i przypadkowym spotkaniu 1 wprawionego już statysty znaleźliśmy wejście. Udaliśmy się do budynku nr. 19, gdzie zastaliśmy skromny (na zewnątrz, o 7.20) tłum ludzi, i po konsultacji z dziewczyną z agencji castingowej weszliśmy do środka budynku. Tam to już łeb na łbie. Przy samym wejściu stał gościu z listą, którą można byłoby nazwać "spisem powszechnym statystów", i ku naszemu wielkiemu zdziwieniu nie miał nas na liście. Później dopiero wyszło, że mamy odstawiać nie zespół, co orkiestrę, i to nie on organizował naszą obecność. Trochę dalej, w windzie towarowej stała kobieta która rozdawała buty. Jako posiadacz rozmiaru 46 nie ucieszyłem jej tą wiadomością i od razu dała mi drewniane chodaki. Jako jedyny z całej naszej czwórki nie miałem normalnego krytego obuwia. Później zostaliśmy wysłani priorytetowo na 1 piętro po ubrania. Tam również zostaliśmy obsłużeni poza standardową kolejką. Musieliśmy się tam przebrać, dostaliśmy foliowe worki na swoje ubrania zamiast walizek, następnie zdecydowaliśmy, że jak mamy swój samochód to nie będziemy zdawać się na przechowalnię i autokary wytwórni, bo okazać się może, że komuś coś ukradną (fakt, że nie słyszeliśmy o takich przypadkach, ale też nie chcieliśmy być pierwsi, biorąc pod uwagę, że było dość sporo statystów nie zatrudnionych na co dzień w tym miejscu) więc dostaliśmy mapkę z opisanym dojazdem na plan zdjęciowy.
Będąc już przebrani czekaliśmy tam na rekwizyty, czyli instrumenty: Darkowi się poszcześciło, i dostał waltornię od razu jak tylko się zgłosił, natomiast ja, p. Janusz i Marcin dostaliśmy odpowiednio rozkompletowany klarnet, skrzypce i bęben tuż przed wejściem. Zostaliśmy ucharakteryzowani na zaniedbanych, podorabiali nam odmrożenia na twarzach, podkrążone oczy, poobijania (np. Marcinowi limo pod okiem) i ubrudzenia. Widać je z resztą na tych zdjęciach.
Plan znajdował się w okolicy Nowego Dworu Mazowieckiego, dokładnie w koszarach Twierdzy Modlin - Wieży Tatarskiej, gdzie z tego co zauważyłem jest muzeum. Nie wydaje mi się jednak, aby był tam niemiecki lub ukraiński obóz koncentracyjny, choć nie wykluczam takiej możliwości. Niezaprzeczalnym faktem jednak jest, że na jednej ze ścian w koszarach był wywieszony gigantyczny napis na półokrągłej, wybrzuszonej do góry tablicy znany ze wszystkich obozów koncentracyjnych zakładanych przez niemców: ARBEIT MACHT FREI. Niektórym zapewne po przeczytaniu tego napisu nasuwa się dwuwiersz, jakim podobno więźniowie w obozie w Oświęcimiu-Brzezince potajemnie odpowiadali na identyczny napis nad bramą wjazdową ("Arbeit macht frei/druch Kremmatorium nummer drei").
Scena, w której braliśmy udział rozgrywała się właśnie w tym miejscu. Pod 2 ścianami ustawieni byli statyści grający zwykłych więźniów obozu, my jako orkiestra staliśmy w kole na środku tego placu, a pośrodku orkiestry był dyrygent. Wśród orkiestry znajdowało się ok. 20 osób którzy uczestniczyli wcześniej w nagraniu utworu i 14 dla picu. Nie trudno zgadnąć, w której z tych części się znalazłem. Od bramy bocznej do części, która wydawała mi się blokiem damskim przejechał aktor w zielonym mundurze SS. Zaraz po tym Przejechał na koniu inny aktor przebrany za SS-mana, lecz pewnie był jednym z wyżej postawionych w tej jednostce. Zatrzymał się i zszedł z konia w połowie długości pierwszego odcinka statystów grających więźniów i podszedł do jedynego, który nie miał czapki. Nie słyszałem, co do niego powiedział, ale wyciągnął pistolet i "zastrzelił" statystę stojącego obok. Cały szereg wg wizji reżyserki miał się wystraszyć na dźwięk huku wystrzału. Kazał jakiemuś zapewne niższemu rangą SS-manowi zabrać czapkę trupowi i oddać ją temu bez czapki, co tamten bez zastanowienia wykonał. Następnie z powrotem wsiadł na konia i objeżdżając konno dookoła orkiestrę odjechał do bramy, z której się pojawił.
Cały czas udawaliśmy, że gramy "Eine kleine Nachtmusik", ale już zupełnie prawdziwe było to, że staliśmy w błocie po kostki i w przewiewnych ubraniach na zimnie.
Ciekawostką jest, że podczas pierwszej próby tej sceny aktor grający konnego SS-mana przystawił statyście grającemu trupa pistolet bezpośrednio do czoła (był to pistolet teatralny, czyli na kapiszony, ale powinien się znaleźć ok. 2cm od "ostrzeliwanego" obiektu), i za sprawą siły odrzutu ten człowiek został skaleczony lufą w czoło. Niby nic wielkiego, ale takie rzeczy nie powinny mieć miejsca, i aktor lub technik, który dawał mu ten pistolet mogli przewidzieć, że może się stać coś takiego. Podejrzewam, że jednak zostało mu to wynagrodzone, bo wyglądał co najmniej głupio. Później już aktor został poinformowany, żeby nie przykładać mu tej lufy do czoła.
Podczas jedzenia byliśmy też świadkami (przez okno) jak przez wspomnianą już przeze mnie główną bramę żołnierze przeprowadzali grupkę więźniów - szli na kolanach przez błoto.
Po kilkunastu próbach, wypłacie 150zł na głowę i rozliczeniu z Darkiem za paliwo wróciliśmy do Wołomina ok. godziny 16.00.