Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 czerwca 2011

Wtorek, 14.

Jakoś tak się dziwnie złożyło, że wczoraj, czyli we wtorek, miałem jechać na szkolenie związane z nową pracą, a że miałem jeszcze odwołać się od mandatu wystawionego przez kanara w piątek w pociągu (jechałem na bilecie ulgowym, a zapomniałem legitki) musiałem wyjechać trochę wcześniej i pojechać na dworzec wschodni, by to osiągnąć (w końcu lepiej zapłacić 13zł aniżeli 150...). Było to powodem mojego wcześniejszego wyjścia z pracy ze szpitala. Tak więc ewakuowałem się ok. godziny 13.00 czy coś koło tego, poleciałem do domu, napiłem się, wykąpałem, opakowałem w garnitur, dwa razy sprawdziłem, czy mam legitkę i udałem się do kiosku po bilet ZTM.
Skasowałem go oczywiście, i choć chciałem pojechać bezpośrednio na wschodni z mojej stacji, to okazało się, że nie jest to jednak możliwe. No cóż, mówi się "trudno" i żyje się dalej.
Wsiadłem w pociąg na wileniak, gdzie aby znaleźć miejsce siedzące, by ustawić się wygodnie z netbookiem musiałem wydać 6zł w mac'u (cheeseburger + mała fanta to nic wielkiego, poza tym, że byłem głodny, a te fast-foody są tak zaprogramowane, by pobudzać apetyt). Dowiedziałem się, że da się tam dojechać linią Z-2, która to niegdyś podczas remontu mostu była mi dojazdem do szkoły. Niby fajnie, ale ta linia ma 2 przystanki pod wileńskim, a ja oczywiście musiałem znaleźć na początku ten niewłaściwy. Straciłem trochę czasu, ale miałem go na szczęście wystarczający margines, by mi to nie przeszkadzało (zawsze tak robię, jak jadę gdzieś po raz pierwszy - lepiej być za wcześnie, niż za późno). Pani w okienku "Windykacje" przy kasach prawie bez słowa obsłużyła mnie dość szybko (możliwe, że coś mówiła, ale przez tę szybę nic kurwa nie słychać!) i w miarę bezboleśnie. Potem doceniłem wiedzę, jaką zdobyłem podczas dojazdu w to miejsce.
Udałem się następnie z powrotem pod dw. Wileński i dojechałem do metra, którym udałem się na Wilanowską. Niedaleko tej stacji znajduje się siedziba firmy OVB Allfinanz, w której mam obecnie szkolenia aby zostać jej pracownikiem. Treść szkolenia pozostawię dla siebie, ale pochwalić się wypada, co się stało w siedzibie po jego zakończeniu. Mianowicie chodzi mi o spotkanie z wszystkimi pracownikami, i obecnymi, i dopiero zamierzonymi (jak np. ja) tej placówki, celem podsumowania miesiąca i dotychczasowego szkolenia. Dla mnie najważniejszym podpunktem było wymienienie osób, które już podczas szkolenia zaczęły coś robić w kierunku pracy w tym przedsiębiorstwie, gdyż zostali oni nagrodzeni firmowymi breloczkami, których ponoć w żaden inny sposób zdobyć się nie da. Ja takowy dostałem :)
Następnie pojechałem z jednym z kolegów do innego koleżki z uczelni, pogadać, zapalić, i jak się później okazało pomóc mu w przeprowadzce z jednej stancji na drugą. Moja pomoc co prawda była skromna, bo pilnowałem tylko otwartego samochodu, ale flaszka się należy! Niestety, aby zmieścić jego pokój w VW Golfie, kierowcę i jego samego, trzeba było składać tylną kanapę, więc ja już musiałem wracać komunikacją miejską. Dałem sobie radę bardzo dobrze, gdyż zauważyłem, że jeden z przystanków pierwszego tramwaju, w który wsiadłem, pokrywał się z trasą wspomnianego Z-2, więc dojechałem do niego, i dojechałem sobie spokojnie na wileński. Sam myślałem, że zejdzie mi się z tym dłużej. Do domu wróciłem oczywiście pociągiem, co dziwne, znalazłem nawet miejsce siedzące w jednojednostkowym składzie na Małkinię (i z nikim się nie biłem).
I jak na ironię, najciekawsze rzeczy działy się w moim miejscu pracy na chwilę po moim wyjściu.
Gdzieś niedaleko cmentarza w Kobyłce ktoś zaczął strzelać, w skutek czego mieliśmy dwóch nowych pacjentów. Fajna fura ich przywiozła: biały Lexus (choruję na GS300). Artykuł, który podrzuciłem, nie jest niestety zgodny z prawdą:
  1. Rany nie dotyczyły barku i uda, tylko klatki piersiowej i brzucha
  2. Sprawca wg artykułu został zatrzymany "nieopodal szpitala", a miało to miejsce na parkingu już za szlabanem, tuż pod samym głównym wejściem
Szkoda po trochu, że tego nie widziałem, ale podobno akcja była jak z filmu kryminalnego: Podjeżdża zajebista fura, zaraz do niej podbiega trzech policjantów, wyciągają z niej dwóch typów i aresztują. - polskie kino wymięka.
Ech, na tym terenie to chyba zawsze będą się strzelali. Większość Wołominiaków pamięta zapewne, jak ś.p. Gruszczyński powystrzelał połowę rodzeństwa Czajewiczów kilka lat temu. To była obława! Na co drugim skrzyżowaniu uzbrojony w kałasznikowy patrol minimum dwóch policjantów, pod Carrefourem (jeszcze wtedy stał) autobus policji i dwa vany z uzbrojeniem o godz. 7.00... a i tak kradli.

środa, 4 maja 2011

Rozwiązanie Al-Kaidy?

Po 10 latach szukania listem gończym, poszukiwań przez wojska z różnych krajów, poświęcając życia tysięcy żołnierzy, w końcu udało się utłuc najgroźniejszego terrorystę współczesnych lat. Niczym piękna bajka tudzież film z happy-end'em - i bardzo dobrze. Dziwi mnie jedynie, że nie odezwał się w tej sprawie jeszcze żaden post-Al-Kaidowski ruch szaleńczo-terrorystyczny. Świadczyć to może o dwóch rzeczach:
  1. Osama jednak żyje
  2. "Ścięta głowa nie odrasta", czyli Al-Kaida została rozwiązana.
Osobiście wolałbym ten drugi wariant, ale lepiej poczekajmy jeszcze parę dni, a przekonamy się, czy może ktoś jeszcze nie zaczął czegoś planować. Miejmy się na baczności z dostarczaniem informacji przez media, a jeszcze ważniejsze: oczy wokół głowy po wyjściu z domu, bo nie wiadomo, co wariatowi strzeli do łba - a nóż któryś wpadnie z bombą do naszego metra?

niedziela, 28 listopada 2010

Po co USA miesza się w sprawy między Koreami?

Nudząc się podczas okna na uczelni doczytałem się, że USA będzie czynnie uczestniczyć w konflikcie między Koreą Północną a Południową - stojąc po stronie tej drugiej. Zastanawia mnie to wielce, jak to jest, że Barack Obama dostał Nagrodę Nobla w dziedzinie działania na rzecz pokoju na świecie, mieszając się jednocześnie w każdy konflikt zbrojny na świecie, który nie dotyczy Rosji (jest to zapewne wynikiem spotkania Miedwiediew - Obama na początku kończącego się już roku).
Chińczycy, z uwagi na bezpośrednie sąsiedztwo lądowe z z Koreą Płn. i dostęp do morza żółtego zgłaszają obawy, czy im też się nie oberwie - nic dziwnego, tak porywczej i nieobliczalnej władzy jak Korea Płn. trudno szukać na świecie. Są oni jednak uspokajani przez władze amerykańskie. Ale nie mówi to nic, o poczynaniach Korei południowej. Po wydarzeniach sprzed paru lat, kiedy to doszło do osiągnięcia względnego spokoju pomiędzy Koreami (niektórzy pewnie pamiętają ten piękny, symboliczny obrazek, dwoje dzieci na granicy daje sobie kwiaty) mamy kolejny, zbrojny i według mnie niepotrzebny konflikt, zaczęty przez Koreańczyków z północy, którzy i tak ze względu na zaawansowanie technologiczne nie mają zbyt dużych szans na wygranie go.
Ech... po co to wszystko? przecież mogłoby być tak pięknie... Idealne podsumowanie ujmują Fenomen w "Ludzie przeciwko ludziom"

PS. Biorąc pod uwagę, że jest to Hip-Hop który mi się podoba, świadczy to o tym, że piosenka jest dobra, ale martwi mnie w niej tylko to, że od jej powstania minęło już ok. 10 lat, a ona nadal jest aktualna.

piątek, 1 października 2010

Bunt policjantów w Ekwadorze

Jak donosi wp.pl w Ekwadorze doszło do buntu policji z powodu projektu ustawy o odebranie im niektórych przywilejów. Osobiście uważam, że redukcja premii za zasługi i przedłużenie stażu wymaganego do awansu to już troszkę dużo, a to ponoć dopiero początek tych zmian na gorsze. Za prezydentem opowiedziało się wojsko, choć też chyba tylko dlatego, że taki jest ich obowiązek, bo jeden z generałów wypowiadał się w sposób nieprzychylny tym decyzjom.
Nie jestem pewny, czy gdyby taka sytuacja miała miejsce u nas, w Polsce, jak zareagowałoby społeczeństwo, ale biorąc pod uwagę ilość ludzi z tzw. pokolenia JP mogłoby być więcej ofiar w przypadku takiego protestu (choć też trudno to przewidzieć, bo i tak większość z nich boi się policji).

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Jak Litwini patrzą na Józefa Piłsudskiego

Nasz narodowy bohater, Józef Piłsudski, którego nazwiskiem nazywane są ulice w 3/4 polskich miast, a i tak połowa polaków pisze je z błędami (Piłsudzki, Piłsucki), uważany powszechnie (i słusznie) za człowieka, bez której Rzeczpospolita by się nie obyła, jest widziany na Litwie, delikatnie mówiąc źle. Jak podaje gazeta.pl, Litwini oskarżają go za odebranie im Wilna. Trudno teraz ocenić, co to miało na celu, ale weźmy pod uwagę, że unię Polsko-Litewską, która została zawiązana pomiędzy braćmi Witoldem i Władysławem Jagiełło (ten pierwszy rządził wtedy Litwą, i dzięki tej współpracy ostatnia bitwa średniowiecznej Europy została rozegrana na naszą - chyba nawet wspólną - korzyść) Litwini biorą za zabór polski. Ciekawe tym bardziej, że w/w Jagiełłowie byli Litwinami.
Wracając do tematu marszałka Piłsudskiego: przytoczyłem go dlatego, że w jednym z kurortów, w którym nasz znany ze swych powiedzonek bohater lubił spędzać czas, i gdzie wielu Polaków przyjeżdża wypocząć stanąć ma jego pomnik. Dawno mnie na Litwie nie było, ale jak poznałem trochę ich nastawienie do polaków, mogę śmiało powiedzieć, że propozycja stawiania w tym kraju takiego pomnika brzmi dla jego obywateli podobnie absurdalnie, co dla nas obecnie brzmiałoby stawianie pomników Lenina w Polsce.

niedziela, 18 lipca 2010

Palikot o Gosiewskim: "on żyje"

Pan Janusz Palikot na swoim blogu sugeruje, jakoby Przemysław Gosiewski żył, i był widziany na peronie we Włoszczowej. Moje pytanie teraz brzmi następująco: skąd niby taka informacja? i dlaczego akurat na tym peronie, który - o ironio - sam kilka lat temu sponsorował podczas budowy, by zdobyć tam popularność?
Sugestie, że ciała znalezione w lesie smoleńskim i/lub te przywiezione do Polski w trumnach to zwłoki innych osób, a de facto tamci "nasi-nienasi" są przetrzymywani w granicach Rosji (jak pisze Palikot) wydają się być mało prawdopodobne, i lepiej, by nie miał on racji.
Osobiście uważam, że w głowie posła Palikota rodzą się pomysły na ciekawe scenariusze filmowe: mijające się z prawdą w założeniach i zakręcone jak psie gówno, oparte czasem na stanie faktycznym (numer z "małpkami"), a czasem na urojeniach jak w filmie "teoria spisku" z 1997r.
Dlatego w tym momencie uznaję to za kolejny wygłup Palikota, który udaje dra Frankenstein'a, mając za swego potwora Przemysława Gosiewskiego:
- On żyje!


No, dobra, deczko przesadziłem, ale hasło jest podobne.

wtorek, 13 lipca 2010

Jackass vs. Remi Gaillard

Nieraz widzieliśmy wszyscy wygłupy różnych ludzi, rejestrowane na filmach wideo i publikowane w internecie w celach czysto rozrywkowych - najczęściej są one komentowane przez widzów słowami kurwa, ale to debile są, ja pierdolę i chyba nie jest to dziwne, bo kto zdrowy na rozumie zacznie robić takie rzeczy, jak strzelanie sobie w brzuch poniżej zabezpieczenia z markera do paintball'a albo z atrapy broni do ASG, albo skakanie na motorze tak, by motor przygniótł kierowcę? Tak samo kto biega po supermarkecie przebrany za Pacmana? Oni: Remi Gaillard, a jak nie on, to Bam Margera ze swoją ekipą z Jackass. Zależy to w dużej mierze od rejonizacji - Remi działa we Francji, a Jackass'y w Stanach Zjednoczonych. Zobaczcie sami, oto Jackass.

na powyższym filmie widać, jak koleś nasikał do pistoletu na wodę a potem zrobił kawał koledze. Świńskie, ale nawet śmieszne. Jest to trailer jednego z ich pełnometrażowych filmów.

Tutaj spikerka sama mówi, co się stało. To, co dopowiedział tamten typ i co zrobili z sankami uzupełnia tylko niewielkie braki w jej wypowiedzi.

Więc to jednak prawda... dobra, wolę nie sprawdzać w domu☺

A to już jest ten słynny Bam: Strzela z tego w swoją żonę. Chyba średnio udał im się ten związek ☻ to jest trailer tego samego filmu, o którym już wspominałem.

O tym filmie też już tu przed chwilą pisałem - to z motorem.

Tutaj głupy skaczą z rampy do wody na deskorolkach, BMX'ach, hulajnogach i czym się da. Bam jak widać trafił w ustawione na wodzie kółko - nic dziwnego, jest on zawodowym skater'em, więc takie triki nie są dla niego wyczynem. Poniżej inne podobne wyczyny Jackassów.


Remi Gaillard
Od tego miejsca post ten przyjmuje motto życiowe Remiego:
Robiąc cokolwiek, stajesz się kimkolwiek.

Jest to satyryk o dość dużych umiejętnościach sportowych, lubiący się nimi popisywać podobnie do Jackass'ów - czyli kolejny odpierdalacz. Oto kilka filmów.

Kangurek - Pierwszy film Remi'ego, jaki zobaczyłem. Teraz to już klasyk ☺ podobnie, jak poniższy Pacman.

O Pacmanie pisałem na początku tego posta; teraz zobaczmy Football: Remi popisuje się swoimi zdolnościami piłkarskimi.


Podsumowując, bardziej przekonuje mnie do siebie humor Remi'ego niż Bama, ale muszę przyznać, że obaj są całkiem niezłymi sportowcami i nawet trochę zabawni. Obaj również uważają się za zawodowych komików, ale sami oceńcie, czy ich narcyzm ma jakieś odniesienie do rzeczywistości ☻

niedziela, 6 czerwca 2010

Ciekawa fabuła pornosa...

Jako częsty bywalec Gazety.pl, a zwłaszcza użytkownik ich kanału RSS, wyczytałem tam przed chwilą o ciekawym zdarzeniu na planie filmu pornograficznego: Otóż jeden z aktorów, po tym jak dowiedział się o swoim zwolnieniu z pracy zabił swojego kolegę kataną, która miała służyć jako rekwizyt w owym filmie, po czym popełnił samobójstwo skacząc ze wzgórza. Takiego pornosa to jeszcze nie widziałem:) choć w sumie, to nie jestem aż tak tym zainteresowany. Aczkolwiek też bym się wkurzył, jakbym się postawił na jego miejscu - pojawił już się na planie, pewnie w pełnym wzwodzie, i się dowiedział, że sobie nie porucha. Co prawda nie jest to powód, żeby kogoś od razu zabijać, i według mnie facet ostro przesadził, ale widocznie mu się bardzo chciało. Śmieszne - będzie z niego kandydat do nagrody Darwina. Nie zmienia to jednak faktu, że można takie sprawy rozwiązywać na bardziej pokojowe sposoby.

sobota, 5 czerwca 2010

Paradoks

Doczytałem się dzisiaj ciekawego paradoksu. Na wstępie przypomnijmy kilka powszechnie znanych prawd:
  1. Kot zawsze spada na 4 łapy.
  2. Kromka chleba zawsze spada posmarowaną stroną do gleby.
I zadajmy sobie pytanie: co się stanie, jeśli przyspawamy kotu do pleców kromkę chleba posmarowaną masłem od góry?
Oto dopuszczalne warianty:
  1. Kromka chleba spadnie posmarowaną stroną do ziemi (bo zawsze tak jest)
  2. Kot spadnie na 4 łapy (bo zawsze tak jest)
  3. Nastąpi konflikt grawitacyjny i zawisną w powietrzu kręcąc się wokół własnej osi
  4. Pierdolną bokiem i się zabiją (powiedzmy, że to będzie 5 piętro)
Ciekaw jestem, kto mi jak odpowie:)

piątek, 28 maja 2010

Mao Zedong i jego poparcie w indiach

Na dzień dobry wchodząc w kanał RSS portalu Gazeta.pl znalazłem taką oto informację:
Krwawy zamach na pociąg w Indiach. 65 zabitych. No i proszę: Mao Zedong cały czas zabija, choć sam już dawno nie żyje.
Przypomina mi się książka Jeffery'ego Deaver'a "Kamienna małpa". Jeden z bohaterów tej książki, Duch, przemytnik ludzi z Chin do Stanów Zjednoczonych, facet z pewnymi skłonnościami socjopatycznymi wspomina, jak jego rodzina została zabita przez grupę studentów - zwolenników i promotorów idei Maoistowskich. Nie pamiętam już zbyt dokładnie tej książki, ale z tego, co sobie przypominam, to był on synem miejscowego przedsiębiorcy, dość bogatego i oskarżanego o korupcję. Później Duch wstąpił w szeregi tejże organizacji, aby odnaleźć tych konkretnych ludzi i zemścić się za śmierć swojej rodziny, co mu się z resztą bardzo skutecznie udało. Nigdy nie poszedł legalnie pracować.
Jak ja się cieszę, że Hindusi są przeważnie buddystami (a jest to najbardziej pokojowe wyznanie na świecie), bo gdyby każdy postępował tak jak wspomniany przeze mnie bohater literacki to bylibyśmy świadkami wojny domowej w Indiach, w którą prawie na pewno włączyliby się Chińczycy.

niedziela, 9 maja 2010

Paintball!

Och, jakże wielu fanów ma gra "Counter Strike"! Widać po prostu, że mało kto z tych graczy kiedykolwiek posunął się do tego, co ja z paroma znajomymi 2 maja 2010, czyli w niedzielę długiego weekendu.
Otóż doszły do mnie pogłoski, że jeden tzw. "znajomy znajomego" organizuje takie właśnie imprezy (tutaj link do jego strony). Stwierdziliśmy z ekipą Gabi, Dzięcioł, Szopen, Lukas i Maniek, że skoro jest taka okazja, to czemu nie, i rzuciliśmy się na Poświętne postrzelać sobie.
Na miejsce dotarliśmy ok. godziny 12:00, może odrobinę wcześniej, i zastaliśmy tam szefa imprezy, całe rodzeństwo Szopena i przeciwną drużynę, która z uwagi na swoją liczebność musiała oddać nam jednego ze swoich. Na wstępie Tomek "Kowal" porozdawał nam maski, kombinezony, rękawice i kamizelki-ochraniacze. Jak odebraliśmy to od niego z samochodu poszliśmy do budynku, w którym było wydzielone jedno pomieszczenie na tzw. szatnię, i tam się w to wszystko ubraliśmy. Nie zmienialiśmy ubrań na kombinezony; doszliśmy do wniosku, że im grubiej każdy z nas będzie ubrany, tym mniej będzie go bolało, jak oberwie kulką (sprawdziło się), lecz niestety nie przewidzieliśmy jednej rzeczy: temperatury pod tymi warstwami. Gorąco i pot zaczęły nam dokuczać już po pierwszym scenariuszu, a ja tym większy błąd zrobiłem, że założyłem kamizelkę pod kombinezon i bluzę (na szczęście była to bluza, której na ogół używam tylko do pracy w ogrodzie, więc nie było mi szkoda, poza tym, dzięki temu wyróżniam się na zdjęciach). Oprócz tego, wpadł mi przed wyjazdem jeden jeszcze pomysł: Z racji tego, iż nie mieliśmy zapewnionych hełmów ani niczego takiego, postanowiłem pod kapturem mieć założoną tył-na-przód czapkę z daszkiem. Tą metodą miałem zapewnioną ochronę karku przed kulkami i czapka sama w sobie amortyzowała część siły uderzeniowej od kulki. Mi się to nie przydało, ale komu innemu, o ile dobrze pamiętam, owszem tak.
Następnie zaszliśmy jeszcze raz w okolice samochodu, który to później stanowił granicę tzw. "zielonej strefy", po markery (karabinki) i z powrotem do budynku po kulki.
Po przyodzianiu tego, co dostaliśmy wyszliśmy na dwór, gdzie szef imprezy (znaczy Kowal) dał nam krótki wykład, jak grać aby nie zrobić sobie ani nikomu innemu krzywdy. Tak więc wysnułem z tego kilka wniosków:
  1. Jeśli nie toczy się gra lub skończył się czas gry i jest przerwa to wszyscy muszą mieć zabezpieczone markery.
  2. Jeśli trafiono Cię podczas gry to musisz zabezpieczyć marker, rękę w której go trzymasz podnieść do góry, a drugą położyć na głowie, i w tej pozycji opuszczasz pole gry. Jest to informacja dla pozostałych graczy, że Cię trafiono, a jednocześnie stanowi ochronę twojego tyłu głowy przed zbłąkaną kulą (lepiej, żeby dostała nią twoja rękawica niż głowa).
  3. Jeśli widzisz jakiś problem, typu ktoś krwawi, albo boli Cię coś tak, że chcesz zejść z pola gry, to musisz wydrzeć się na cały głos "Przerwać ogień". Pozostali gracze mają wtedy zaprzestać gry (coś jakby funkcja "Pause" w konsolach). Tak samo i ty musisz się do tego stosować. Jeśli słyszysz takie hasło rzucone przez innego gracza należy przekazać je innym graczom, którzy mogli go nie słyszeć. Zmiesza się wtedy prawdopodobieństwo, że osobie już i tak rannej stanie się jakaś dodatkowa krzywda.
  4. Pod żadnym pozorem nie zdejmuj maski ani innych ochraniaczy na polu gry.
  5. Grać fair - trafiony gracz zabezpiecza marker i schodzi spokojnie do zielonej strefy, a nie wyciera plamę z kulki na kombinezonie i gra dalej.
  6. Nie wyżywaj się ani nie złość specjalnie na osobie, która Cię trafiła. Przecież na tym ta gra polega, by do siebie strzelać.
Tak więc mając już podstawową wiedzę o tej grze zostaliśmy poinformowani, jak odbezpieczyć i zabezpieczyć marker, jak postępować w razie zacięcia się mechanizmu itp.. Dostaliśmy też informację, jakie powinno być ciśnienie w zbiornikach ze sprężonym powietrzem: powinno się mieścić w granicach między 1,5-2 atmosfery. Jest to ciśnienie, przy którym trudno tą kulką zrobić komuś krzywdę większą niż siniak czy coś takiego (na skali ciśnieniomierza max to było 8 atmosfer, ale zabawa na takim poziomie jest już na tyle niebezpieczna, że lepiej nie osiągać tej wartości).
Pierwszy scenariusz, jaki mieliśmy to było "zdobywanie twierdzy". Polega to na tym, że jedna drużyna obiera pozycje w budynku tak, by możliwie skutecznie go bronić przed drugą, a ta druga właśnie ma za zadanie wytępić z niego pierwszą. My budynku nie daliśmy rady zdobyć, ale jak zamieniliśmy się stronami to też nas nie zdjęli wszystkich ze środka. Nie wątpię, że część tej zasługi stanowi moje i Mańka dobre ustawienie w największej z sal, gdzie nie wpuściliśmy przeciwników nawet na pół długości lufy. Trudno mi mówić, jak sobie radzili pozostali nasi, bo nie było mnie z nimi, ale mnie nie trafiono wtedy ani razu, a ilu przeciwników ja trafiłem nie jestem pewien.
Następnym scenariuszem była "Obrona VIP'a". Jak my broniliśmy swojego, przeciwnicy dość szybko się nas pozbywali, lecz bohaterem drużyny okazał się Dzięcioł: w momencie, gdy został sam z VIP'em i chyba 5 czy 6 przeciwnikami nie dopuszczał ich do niego przez dobre 10min, trafił kilku z nich, po czym w końcu wymiękł. I tak nieźle się spisał. Niestety, drużyna przeciwna była w stanie wyprowadzić swojego VIP'a z budynku do zielonej strefy. Cóż, sami nam z resztą mówili, że już wcześniej w to grali.
Trzeci scenariusz to "Poszukiwanie walizki". Obie drużyny miały wejść jednocześnie do budynku z dwóch jego stron i znaleźć ukrytą w nim walizkę. Dla utrudnienia przed rozpoczęciem gry Kowal narobił tam dymu, w którym mało co było widać. Okazało się, że schował ją tak dobrze, że sam musiał się po nią wybrać.
Jako czwarty wariant było "Zdobywanie flag". Motyw podobny do walizki, ale zaczął się jak przewiało już większość tego całego dymu. W budynku ukryto 5 flag, i wygrywała ta drużyna, która w wyznaczonym czasie gry przyniosła ich więcej. Dzięcioł wykazał się po raz drugi i przyniósł 1. Dwie flagi przynieśli przeciwnicy, więc znów dostaliśmy po dupie.
Piąta gra polegała na tym, że każda z drużyn miała własną bazę, w której była flaga. Zadaniem każdej z drużyn było przejęcie flagi z bazy przeciwników i przeniesienie jej na teren swojej bazy. Też nas pocisnęli.
Podczas szóstej gry straciłem wątpliwości, że przeciwnicy nie byli wobec nas uczciwi. Gra polegała na wystrzelaniu się do ostatniego żołnierza, na zewnątrz budynku. Obrałem wspaniałą miejscówkę z tyłu budynku, we wgłębieniu z zamkniętymi drzwiami. Jak stałem oparty o drzwi i nie wychylałem kończyn, markera ani głowy było mnie widać z obu stron budynku, lecz trafić się mnie nie dało: kulki albo przelatywały mi o milimetry przed goglami maski, albo rozbijały się o ścianę. Miejsce było o tyle zajebiste, że o ile się nie wychylałem, to przeciwnicy mogli inwestować we mnie setki kulek, i ani jedną nie trafić, widząc mnie przy tym wręcz jak na dłoni. Jednak jak tylko zobaczyłem jakąś postać nie oznaczoną tak jak moja drużyna podejmowałem ryzyko i ładowałem w niego kulkami dopóki nie zobaczyłem, że się któraś rozbiła albo po prostu zdążył się schować. Dzięcioł i Lukas biegali po krzakach kawałek dalej i mówili mi, na jakiej wysokości będą wychylać się markery. Co najmniej 1 udało mi się trafić w markera, ale jak się schował to go wytarł i strzelał do mnie dalej - można się wkurzyć, co? w końcu Lukas musiał polecieć w inne miejsce, a i mnie znudziło takie prawie bezczynne stanie i ciskanie pod tymi drzwiami, i ruszyłem się spod nich, dając się błyskawicznie trafić. Ja jednak nie wycierałem plam i zszedłem grzecznie do zielonej strefy.
Ostatnia gra tego dnia to była powtórka z rozrywki - broniliśmy budynku. Razem z Szopenem zajęliśmy dobrze ukryte miejsca na ostatniej hali i tylko pilnowaliśmy, kiedy ktoś pojawi się w drzwiach. Sądząc po odgłosach zza drzwi, mianowicie po krzyku "Kurwa!" zaraz po tym, jak jeden z przeciwników otworzył świeżo zamknięte pewnie nawet przez siebie drzwi spodziewam się, że strzelając na ślepo trafiłem kogoś w miejsce, którego ochraniacz nie zasłaniał. Następnie kilka krótkich wymian ognia, podczas których Szopena trafiono (nie wiem nawet gdzie, nie wnikałem), aż w końcu sam dostałem pod rząd 3 kulki w czubek kaptura: czerwoną, różową i zieloną, od których kaptur spadł mi z głowy. Wtedy już grzecznie zszedłem do zielonej strefy.
Po rozliczeniu wypiliśmy jeszcze po piwie (ci, co nie prowadzili samochodów oczywiście) i ruszyliśmy do domów. Podsumowując, wypad się udał i to bardzo, zapłaciłem 80zł za 400 kulek i wypożyczenie sprzętu, a bawiłem się z tym całym ludem ok. 5 godzin. Jednym słowem - polecam :)

piątek, 7 maja 2010

UPA - Ukraiński odpowiednik naszej Armii Krajowej

Dla narodu Polskiego dość Kontrowersyjne może się wydawać, iż szef Ukraińskiej Powstańczej Armii dostał honorowe obywatelstwo Lwowa. Powiem szczerze - mnie jakoś to nie dziwi. Dla Ukraińców UPA była odpowiednikiem naszej Armii krajowej, a ten cały Szuchewycz jest dla nich kimś na wzór naszego Piłsudskiego - mówiąc najkrótszymi słowami są to dla nich wielcy bohaterowie narodowi, którzy u nas są widziani jak zbrodniarze. Ukraińcy stawiają im pomniki, a my byśmy im wszystkim odpłacili torturami, prawdopodobnie identycznymi jak te, które oni praktykowali na naszych przodkach podczas II wojny światowej.
Bardzo ciekawy artykuł, choć porażająco drastyczny, ale mówiący prawdę. Niestety, ukraińska historia nie mówi o tym, co się działo w obozach koncentracyjnych zakładanych w Małopolsce przez UPA - w sumie trudno im się dziwić, bo np. Niemcy też bardzo długo nie mówili o obozie Oświęcim-Brzezinka, a Rosjanie (gdyby nie śmierć naszego prezydenta przy okazji obchodów rocznicy Katyńskiej) też nie wiedzieliby, czemu tam stoi pomnik poświęcony Polakom. Zamieszczam tutaj filmik, mówiący o jeszcze jednym wydarzeniu, które według mnie nie powinno mieć w Polsce miejsca. Trudno życzyć w tym momencie "miłego oglądania".

Pochód działaczy UPA w Polsce to ewidentna drwina z poległych polskich ofiar, jak i z całego narodu.
Niestety, nasza historia też pomija fakty, za które inne narody nas nienawidzą: Nie mówimy, ile ludzkich (w tym ukraińskich) istnień pochłonęła "Polska od morza do morza". Nikt w szkołach nie mówi również o obozie koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej na Białorusi ("Miejsce Odosobnienia", tam m. in. trafiali działacze OUN-UPA, których udało się złapać, a zabrakło dowodów by ich o cokolwiek skazać).
Przez takie właśnie skazy na kartach historii pojawiają się konflikty i wzajemna nienawiść pomiędzy narodami. Sami przecież nie chcemy być sądzeni za poczynania i złe uczynki naszych dziadków i innych przodków, więc nie powinniśmy również w ten sposób patrzeć na obywateli innych narodowości. Ja osobiście zdałem maturę z jęz. niemieckiego dzięki dużej pomocy koleżanki z Austrii, a nie gnębiłem jej przecież z powodu zaborów - nie opłacało mi się to, a z racji tego, że ją lubię dalej nie zamierzam zmieniać swojego postępowania. Tak powinno być w większej ilości przypadków: popatrzmy, jakie korzyści możemy wyciągać ze znajomości zagranicznych, jakich dobrych nawyków możemy się od nich nauczyć, i zapytajmy, jakie nasze nawyki im się podobają, a jakich powinniśmy według nich unikać. Dyskutujmy, rozmawiajmy, ubijajmy interesy i dobrze się bawmy zamiast kłócić się i bić.

sobota, 3 kwietnia 2010

Moskiewskie metro

Nie lada zaskoczeniem była nowina, w której dowiedzieliśmy się o eksplozjach w moskiewskim metrze. Przypomnijmy: Dwa zamachy na dwóch sąsiadujących ze sobą stacjach w godzinach porannego szczytu 29.03.2010. Jeszcze tego samego dnia, pani Krystyna Kurczab-Redlich mówi o tej sytuacji tak:
Okropnie współczujemy moskwianom. Są zakładnikami polityki. Każdy akt terrorystyczny jest rezultatem fatalnej polityki prowadzonej przez Kreml
W 100% zgadzam się z jej wypowiedzią, choć niektórzy mogą dojść do wniosku, że źle ją interpretuję. Nie raz już mówiłem o zbyt agresywnej polityce, jaką prowadzi duet Miedwiediew & Putin. Jednak ja uważałem, iż UE nie będą chcieli robić z nimi więcej interesów jak np. często wspominane gaz i prąd. Tu z kolei mamy akt przemocy, który za brutalną politykę prowadzoną przez ludzi sprawujących władzę odbija się na niewinnych cywilach. Osobiście uważam, że to zajście będzie miało dla Kaukazu gorsze konsekwencje, niż by tego chcieli - już doszło w Rosji do przemocy pod adresem kilku osób o kaukaskim wyglądzie. Przez głupotę władców dwóch państw rośnie wzajemna nienawiść ich narodów do siebie, i cierpią ludzie, którzy nie są niczemu winni. Metoda "jak Kuba bogu, tak bóg Kubańczykom" pociągnie za sobą setki niepotrzebnych ofiar. Jeśli ludzie z Kaukazu chcą osiągnąć jakiś konkretny efekt swoich zamachów, powinni je przeprowadzać bezpośrednio na władzy spoczywającej wygodnie w Kremlu - tak jak zaczęła to robić rosyjska strona: mieć na celu przede wszystkim górne sfery hierarchii, a nie osoby postronne (ponoć jedną z zamachowczyń z metra była wdowa po "Emirze Dagestanu").
Najbardziej martwiącym jest fakt, że jeśli obie strony nie dojdą do pokojowego porozumienia (a sytuacja nie wskazuje, by do tego doszło w najbliższym czasie) to obie strony działające w tym sporze będą włączać w to kolejnych "sprzymierzeńców", co tylko zwiększy liczbę ofiar, nie wnosząc przy tym nic mądrego ani dobrego do zaistniałej sytuacji.
Obecny papież może mieć to w dupie, ale nasz Papież z pewnością potępiłby te zamachy, i być może też zauważyłby ich przyczynę w działaniach rosyjskiego rządu. Ja uważam, że obie strony robią źle, a zwłaszcza Kaukaz, włączając w konflikt tak wiele niepotrzebnych ofiar, ale o tym już tutaj mówiłem.